niedziela, 12 stycznia 2014

Rozdział VI "Divide et impera"


- Byłaś i jesteś moją najwierniejszą służką Bellatrix. - Blady palec Voldemorta przesunął się po twarzy śmierciożerczyni. - Twoja wierność zostanie nagrodzona. Po wyłamaniu bram Hogwartu, pokażę Ci wiedzę i potęgę skrywaną przez tego starego głupca.
- Dziękuję ci panie... - Bellatrix Lestrange patrzyła na swojego mistrza z fascynacją i wręcz namacalnym strachem. - Jestem twoją najwierniejszą i pragnę ci coś powiedzieć... - szybko spojrzała się za siebie, upewniając się czy są sami.
- Spokojnie. -Czarny pan pokręcił głową. -Nikt tu nie wejdzie bez mojej zgody. Jesteśmy sami. Co zamierzasz mi powiedzieć? - w zimnym głosie czarnoksiężnika dało się wyczuć grozę i nutkę zainteresowania.
- Zabini, Joanna Zabini... - czarownica szukała odpowiednich słów -... jej syn umiera, a ona zaczęła szukać śladów twojej drogi do nieśmiertelności. Wypytywała się mnie o horkr... - Nie zdołała dokończyć słowa, gdy jej ciało uderzyło o ścianę potraktowane cruciatusem.
- Kiedy to się stało? -Voldemort nie podnosił głosu, ale narastała w nim wściekłość.
- Tydzień temu. Ona jest tutaj, panie... W dworze Malfoyów. Jej syn, Blaize, tu odpoczywa. - Bellatrix szybko zasłoniła głowę, bojąc się kolejnego wybuchu furii u swojego pana.
- Przyprowadź... ją do mnie - Voldemort schował różdżkę do fałdy swojej szaty. Potomkini rodu Blacków kłaniając się, wycofała się z pokoju i skierowała się na piętro. Mijała swoją siostrę, Lucjusza dyskutującego ze Snape'm, który również przybył na spotkanie. W dworze znajdowali się najważniejsi śmierciożercy i sam czarny pan. Ministerstwo zostało opanowane, Hogwart również był pod ich kontrolą. To oni wygrali wojnę i rozdawali karty. Jeszcze poprzedniego dnia sama złapała dwóch chłopaków brudnej krwi. Tylko jeden z nich miał różdżkę. Tak łatwo było rzucić zaklęcie. Dwa razy... Bellatrix wzięła głęboki oddech i otworzyła drzwi do komnaty. Znajdowało się w niej łóżko i krzesło. Na łóżku leżał Blaize. Kiedy pewnego dnia został zaatakowany przez aurorów, dostał klątwą. Działała powoli, ale sprawiała ból. Na krześle siedziała jego matka Joanna. Wysoka blondynka zdziwionym i lekko przestraszonym wzrokiem spojrzała na swoją daleką kuzynkę.
- O co chodzi? Jestem zajęta... - przerwała widząc minę Bellatrix.
- Czarny pan cię wzywa. Natychmiast chce cię widzieć samą. - Zaakcentowała ostatnie słowo z lekką pogardą. Joanna wyprostowała się dumnie i spojrzała na śmierciożerczynię bez strachu w oczach.
- Zdrada zawsze do nas wraca. Czasem szybciej niż się tego spodziewasz, kochanie - podeszła do niej i pogładziła ją po policzku. Bellatrix patrzyła na nią zszokowana.
- Nie dasz rady uciec... - wyszeptała ściskając w kieszeni swoją różdżkę.
- Nie dacie rady mnie zatrzymać - Joanna powiedziała głośno i złapała mocno swojego syna. Nim czarnowłosa, blada śmierciożerczyni zdołała krzyknąć, Joanna zniknęła ze swoim synem. Pokój był pusty... Łóżko rozkopane, a krzesło przewrócone. Włosy Bellatrix owiewał chłodny wiatr z otwartego okna.
- Zabije mnie... Czarny pan mnie zabije... Co robić? - jej wzrok przykuła półka z otwartą wielką księgą z czarnymi stronami. Powolnym krokiem podeszła do ściany i zdjęła z półki wolumin. Wyczuła w nim magię. Księga nią zionęła. Strony były całkowicie czarne, a litery zapisane złotym, lśniącym alfabetem. Bellatrix ostrożnie przekręciła stronę. Oddech jej przyśpieszył. To była księga o horkruksach. Otwarta strona pokazywała formułę tworzenia magicznego artefaktu. Pod nią zapisana była sentencja.
-"Mort et Victoria Gloria et Lux Mort ut dominus" ("Śmierć nam panem")... -Bellatrix cicho wypowiedziała ostatnią frazę zapominając o tym, że ciągle trzymała różdżkę. Magia zaczęła działać na rękę śmierciożerczyni, która była zmuszona wyjąć ją z fałd szaty. Prawa dłoń drżała jej czując przypływ mrocznej mocy, przepełniającej całe jej ciało. Poczuła jak wzbiera w niej złość. Wiedziała, że zabiłaby każdego kto wejdzie do komnaty. Przeczucie kazało jej położyć dłoń na księdze i czekać. Minuty mijały powoli. Z każdą sekundą strach Bellatrix przed czarnym panem malał. Księga dawała jej poczucie pewności siebie i wielkości. Po pewnym czasie drzwi otworzyły się i stanął w nich Runcorn. Szpieg czarnego pana w ministerstwie. Potężnie zbudowany mężczyzna zdziwionym wzrokiem spojrzał na Bellatrix. Bał się coś powiedzieć. Bał się jej wyglądu. Włosy Bellatrix były rozwiane przez rosnący w siłę wiatr. Jej oczy szeroko otwarte obserwowały przybysza bez cienia emocji. Ciało delikatnie drżało, a dłoń powoli unosiła różdżkę. Bellatrix zaczęła cicho nucić. - Hogwart, Hogwart, pieprzy wieprzy Hogwart. Naucz nas trochę czegoś... - po czym uśmiechnęła się szeroko. Albert Runcorn cofnął się o krok wyjmując różdżkę. - Jesteście za marni... żeby mnie pokonać... - Bellatrix zamknęła księgę i wyprostowała się z godnością. - Avada kedavra - wyszeptała cicho z radością po każdym słowie klątwy. Ciało pracownika ministerstwa cicho upadło na ziemię. Nie było na nim widać żadnych oznak śmierci. Jedynie puste oczy bez żadnego wyrazu oznaczały w nim brak życia. Wiatr w pokoju wzmógł się nieznacznie. Bellatrix poczuła i zobaczyła jak ciało Runcorna delikatnie znika. Sama poczuła, jak coś ucieka z jej wnętrza. Machnęła dłonią w powietrzu chcąc to zatrzymać. Śmierciożerczyni poczuła ucisk w klatce piersiowej. Złapała się za szatę i usiadła ostrożnie na łóżku. Powoli odzyskiwała oddech. Magia przepełniła jej ciało. Bellatrix czuła na równi strach z euforią. Wiedziała, że nikt nie może znaleźć księgi. W głowie miała opracowany plan. Złapała księgę i deportowała się z rezydencji swojej siostry. Długie godziny błądziła po starych domostwach czarodziejów szukając miejsca na ukrycie swojego krokusa. Późnym wieczorem znalazła stary dwór Lestrange'ów. Został przez nich opuszczony prawie sto lat temu, gdy w pobliżu toczyły się bitwy pierwszej wojny światowej. Opustoszały wielki dwór ciągle zionął czarną magią. Wielka brama w połowie urwana straszyła z daleka. Bellatrix szybkim krokiem weszła do posiadłości. Momentalnie odnalazła się w domu. Głównym pokojem był salon. W środku stał mały, okrągły stolik. Śmierciożerczyni obejrzała go uważnie i zauważyła małą szufladkę. Otworzyła ją, a do środka powoli włożyła księgę. Nie zamykając jeszcze szuflady, rzuciła potężne zaklęcia, jakich nauczył jej Voldemort. Gdy znalazła się przed domem, otoczyła go silnymi barierami. Przerwała jedno z zaklęć, gdy usłyszała głosy za jej plecami.
- Bellatrix Lestrange... W naszych sidłach. - Te słowa wytrąciły ją z równowagi. - Kto śmie...? - przerwała widząc przybyłych ludzi. Byli to cichociemni. Jedyni pracownicy ministerstwa, którzy stawili opór i nie poddali się Voldemorta. Najlepiej wykwalifikowani autorzy z najsilniejszą magią. Jeden z nich, wysoki blondyn przechylił delikatnie głowę uśmiechając się.
- Zaczynamy! - wyciągnął różdżkę i ukłonił się delikatnie. Bellatrix obserwowała ludzi ze strachem. Czuła, że nie ma przewagi. Wiedziała, że zginie. To dodało jej sił. Przypomniała sobie, że nie musi bać się śmierci. Sama również delikatnie się skłoniła i rzuciła się w wir walki.
- Sectusempra - wystrzeliła klątwę, zanim którykolwiek z cichociemnych zdołał swoją pomyśleć. Jeden z nich upadł na kolana krwawiąc obficie. Jego partner przyklęknął starając się go ratować.
- Drętwota - dowódca oddziału starał się złapać Bellatrix. Nie zależało mu na jej śmierci. Śmierciożerczyni uniknęła zaklęcia, po czym sama zaśmiała się i machnęła różdżką. Blondyn padł na twarz zwijając się z bólu, choć nie wydobył z siebie słowa.
- Hahah - zaśmiała się, gdy reszta oddziału deportowała się zostawiając dowódcę. - Teraz się pobawimy - złapała go i deportowała się z nim do swojego pana. Mroczny znak ciągle lśnił na jej ręce. Od upadku Voldemorta minęło już sporo czasu, a jego magia ciągle żyła w jego dawnych sługach. Teraz jednak czaszka nie przerażała, zaczynała wręcz nudzić. Bellatrix potarła ją lekko wskazującym palcem prawej dłoni. Stała na balkonie swojej rezydencji ochranianej potężnymi czarami godnymi wręcz Hogwartu. Tutaj nie musiała się bać ministerstwa, dawnych przyjaciół czy niepożądanych gości. Poprawiła delikatnie wiecznie rozczochrane włosy i wróciła do pokoju, gdzie pod ścianą leżał wyczerpany Alberto. Chłopak słysząc kroki uniósł twarz i spojrzał na swoją oprawczynię. Jego wzrok był rozbiegany i niepewny. Ciało drżało z zimna, głodu i nieczystości, które Alberto wyrzucał z siebie po każdym posiłku serwowanym mu przez Bellatrix. - Witaj Alberto. Co się z tobą stało? Taki znany piosenkarz, awangardowy twórca z takimi wpływami w takim marnym stanie? Co na to twoje wierne grono fanów? – szept kobiety był doskonale słyszalny.
- Nie złamiesz… mnie – wychrypiał brunet spuszczając z niej wzrok.
- Już cię złamałam, kochanie – Bellatrix uniosła różdżkę. – Flagrate Incarcerus – ogniste więzy oplotły ciało chłopaka. Alberto lekko westchnął. Był wdzięczny za odrobinę ciepła, ale węzy sprawiały mu niewiarygodny ból wywołując głuche jęknięcie. - Do końca życia tylko w takich chwilach będziesz jęczeć – Śmierciożerczyni machnęła krótko różdżką oczyszczając ciało chłopaka i wyszła z jego więzienia. ************************************************************************************
Harry właśnie kończył jeść sałatkę, gdy w jego pokoju pojawiły się dwie osoby. Seamus Finnigan i Draco Malfoy uczepiony ramienia aurora. Dłoń Seamusa krwawiła, więc gdy tylko wypuścił blondyna, usiadł na kanapie.
- Strzelił we mnie zaklęciem, dziad jeden, gdy się z nim do ciebie deportowałem. – westchnął, kręcąc głową. Harry szybko wstał i przyniósł apteczkę koledze ze szkoły. Popatrzył na przybyłych zdziwiony.
- Co się tu w ogóle dzieje, jeśli mogę wiedzieć? – starał się nie patrzeć na Draco.
- Św. Mung został zaatakowany. Szukali Draco, więc musieliśmy znaleźć bezpieczne miejsce. Wybraniec, ty mu je zapewnisz – Irlandczyk poklepał kolegę po plecach, po czym deportował się do ministerstwa.
- Nie będę z nim mieszkaaać!!- Harry i Draco równocześnie krzyknęli, patrząc w sufit. Po chwili Draco umilkł, z powrotem siadając na kanapie i obserwując mieszkanie. Podobało mu się. Urządzony w starym stylu dom żył magią, która w nim pulsowała dając poczucie bezpieczeństwa i mocy. Gdyby nie Potter tu mieszkał, Malfoy od razu by się wprowadzał.
- Wygląda na to, że…musisz u mnie zostać – jęknął zawiedziony Harry. Draco spojrzał na niego z wyrzutem czując zawód. Nie sądził, że auror ciągle tak go nie cierpi.
- Nie muszę tu być, jeśli nie chcesz… - wyszeptał, wstając.
- Nie gadaj głupstw – Harry złapał go za ramię i posadził na kanapie. Przeklął się w myślach, bo nie chciał go puścić. Zarumienił się. Draco usiadł wygodnie i spojrzał na Harry’ego. Od zakończenia szkoły wiele się zmieniło. Sam Potter wymężniał i stał się odrobinę przystojniejszy. Harry usiadł na kanapie i spojrzał na Draco. - Jesteś głodny? Nie wiem… - Wybraniec głowił się, bo póki co odwiedzali go jedynie Ron i Hermiona, a i to z rzadka, bo oboje byli zajęci.
- Jestem zmęczony…tym wszystkim… - były ślizgon ziewnął i padł na klatkę piersiową Pottera. Kiedy uznał, że jest dostatecznie wygodna, zamknął oczy i ponownie ziewnął zasypiając. Harry nie wiedział co ma zrobić. Zarumienił się, ale podobało mu się to. Delikatnie pogładził Draco po włosach i czuwał. - Albertoo – z ust Draco wyleciało ciche słowo. Harry odwrócił głowę. Nie rozumiał czemu, ale poczuł się bardzo samotny.

3 komentarze:

  1. Bardzo fajnie zapowiadający się blog, ciekawa historia, włosi, wojna Belatriks ożywa, do tego Harry nie rozumiejący zachowania Draco i na dokładkę Alberto..mieszanka wybuchowa:D Bardzo ładnie ogarniasz historię, że wszystko jest po kolei i nie ma żadnych niedomówien co do szybkości rozwijania sie tego wszystkiego ;P

    Czekam na next i życze weny

    OdpowiedzUsuń
  2. A kiedy w końcu Harry odda się Draco??? ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. "Długie godziny błądziła po starych domostwach czarodziejów szukając miejsca na ukrycie swojego krokusa".... KROKUSA!? Proszę Cię sprawdzaj kilka razy tekst zanim go tu umieścisz, bo to naprawdę razi.
    Poza tym całkiem mi się podoba, zaraz będę czytała dalej :)
    I mam jedno pytanie. Czy Lucjusz nie powinien być w Azkabanie czy coś? Bo pisałeś, że narcyza jest zadowolona z tego, ze go nie ma. I Voldemort i Snape też ożyli?? Wcześniej myślałam, ze to retrospekcja, wspomnienie o tym jak zrobiła horkruksa, ale zaraz potem wraca do Alberto, więc jak jest?
    Przepraszam za czepialstwo i dociekanie, ale wiesz jestem krukonką, a to wszystko tłumaczy. :P
    Powodzenia w pisaniu


    OdpowiedzUsuń