wtorek, 17 grudnia 2013

Rozdział 5 "Dla rodu, domu i honoru"

- It's time to say goodbyeee!!!! - sopranowy głos śpiewaczki długo rozchodził się w murach opery. Sara Conelli stała na scenie i dostojnie skłoniła się publiczności. Wywołała tym burzę braw od najniższych miejsc po same loże vipowskie zajmowane przez najbogatszych i najbardziej wpływowych adoratorów muzyki klasycznej. Jednym z nich był wysoki mężczyzna w średnim wieku z gęstymi, brązowymi włosami i delikatnie przyciętą blond bródką.
Lorrenzo Galilei ubrany był w aksamitny czarny garnitur, szary szalik i wysokie buty. Na drugim palcu prawej dłoni lśnił mu sygnet z herbem rodu, lwem powalającym i pożerającym węża na szczycie góry w gwieździstą noc. Mężczyzna siedział w fotelu sącząc czerwone wino z bogato zdobionego kielicha. Lekko przymkniętymi oczyma obserwował scenę, na którą wchodzili kolejni artyści. Korzystając z chwili przerwy, spojrzał na swoją żonę.
- Szkoda, że nie ma z nami Alberto. - westchnął i odstawił kielich na stojący tuż obok niego stolik. Przygryzł wargi i pokręcił głową. Kobieta siedząca obok niego poprawiła swój zielony, lśniący szal. Miała na sobie bogatą, odrobinę zbyt szykowną jak na operę suknię. Na jej dłoni również widniał sygnet rodu Galilei. Nadia miała go jednak na lewej dłoni. Uśmiechnęła się ciepło do męża.
- Alberto nigdy nie lubił takiej muzyki. Doskonale to widać, patrząc na jego koncerty i muzykę, którą tworzy. Skończył szkołę, pozwólmy mu odpocząć tam w Anglii - delikatnie przymknęła aprobująco powieki. - Ma taki dobry kontakt z Draco – zauważyła. Lorrenzo machnął dłonią. Zaakceptował orientację syna, pogodził się, że jego ród ma małe szanse na przedłużenie, ale nie mógł zaprzeczać, że to go bolało. Kochał Alberto, ale duma i świadomość potęgi rodu zmuszały go do wielu myśli, za które się przeklinał.
- Dzieci i tak z tego nie będzie - wycedził spuszczając wzrok. Wiedział, że to co powiedział było głupie, ale pozwolił poddać się emocjom.
Nadia spojrzała na męża ze współczuciem. Sama również zaakceptowała preferencje syna, ale smucił ją fakt, że nie będzie miała czystej krwi wnuka, jeżeli jakiś kiedykolwiek w ogóle się pojawi.
- Ważne, że jest szczęśliwy - cicho powiedziała spijając łyk wina ze swojej czary.
Lorrenzo kiwnął głową i położył swoją dłoń na dłoni żony.
W chwili gdy mial się rozpocząć kolejny akt sztuki, do loży wykupionej przez małżeństwo wszedł niski, korpulentny mężczyzna w czarnej czarodziejskiej szacie ściskając w dłoni melonik. Na jego twarzy widać było zmęczenie i pot. Nerwowo tarmosił swoje nakrycie głowy, po czym zamknął za sobą drzwi i podszedł do Włocha. Korneliusz Knot nie wiedział jak przekazać wiadomość, więc przełknął ślinę i spojrzał na małżeństwo.
Lorrenzo pokręcił głową zdegustowany. Nie lubił, kiedy czarodziej nie potrafił się dostosować do świata mugoli i narażał całą czarodziejską społeczność na ujawnienie. Doskonale znał Knota, kiedy ten jeszcze był ministrem magii, razem z Lucjuszem Malfoyem często przybywali do niego najczęściej w sprawach biznesowych i dotyczących ich dzieci. Teraz jednak, gdy Lucjusz był w Azkabanie, Włoch nie wiedział co może sprowadzać do niego byłego ministra. Wskazał mu miejsce w wolnym fotelu. Gdy ten usiadł, Lorrenzo przekręcił głowę.
- Czemu zawdzięczamy tą wizytę? Ostatni raz widzieliśmy się trzy lata temu - uśmiechnął się.
Korneliusz Knot jeszcze bardziej zgniótł melonik w swojej dłoni. Wziął głęboki oddech i zachrypniętym głosem cicho powiedział.
- Chodzi o waszego syna Alberto - spuścił głowę nie mogąc spojrzeć im w twarze.
Nadia podniosła się lekko ze swojego miejsca i krzyknęła.
- Co się dzieje? - złapała się za serce łapiąc oddech.
Lorrenzo szybko podszedł do żony i przytulił ją skupiając wzrok na Knocie.
- Co się stało? - w jego pozornie cichym głosie dało się wyczuć narastającą furię.
Były angielski minister magii wyrzucił chcąc mieć to za sobą.
- Alberto został porwany przez Bellatrix Lestrange. - poczuł w ustach gorycz po wypowiedzeniu imienia i nazwiska najwierniejszej służki Voldemorta.
Lorrenzo przytrzymał mdlejącą żonę i wyskoczył ku Korneliuszowi Knotowi łapiąc go za szaty.
- Jak to porwany? Kim ona jest i gdzie jest Alberto? - krzyknął głośno, po czym wyciągnął różdżkę, krótko nią machnął zamykając drzwi i zasłaniając okna.
Knot utkwił przestraszony wzrok w różdżce Włocha, po czym zaczął powoli tłumaczyć.
- Bellatrix Lestrange była najwierniejszą służką Tego, którego imienia nie wolno wymawiać za jego czasów. Wydawało się wszystkim, że zginęła zabita przez Molly Weasley w czasie bitwy o Hogwart. Każdy widział jak jej ciało rozsypuje się w proszek. Okazało się, że miała horkruksa... - na twarzy Lorrenzo zakwitł szok, ale nie odzywał się, więc Knot kontynuował - Przybyła do dworu swojej siostry Narcyzy i porwała Alberto.
- Narcyzy Malfoy? - Nadia cicho rzuciła pytanie.
- Tak - odparł anglik.
- To spisek - wyszeptał Lorrenzo. Z każdym słowem ton jego głosu rósł - Chcą przejąć nasz majątek, wpływy porywając Alberto... Nie pozwolę na to - ryknął wyciągając ponownie różdżkę. Wystrzelił nią promień, który przeniknął przez sufit tworząc długi biały pas nad operą.
Były minister magii wiedział, że Lorrenzo źle zrozumiał jego wypowiedź. Przytrzymał jego dłoń i zaczął ponownie tłumaczyć.
- Malfoyowie nie mają z tym nic wspólnego. Bellatrix Lestrange jest siostrą Narcyzy, ale od upadku Tego, którego imienia nie wolno wymawiać nie utrzymywały ze sobą kontaktów - otarł pot z czoła.
- To byłoby trudne, zważywszy że jedna z nich była martwa - wycedził włoch i pociągnął różdżkę. Wyczarowany pas zmienił się w miecz przebijający zielonego węża.
Korneliusz Knot wiedział co to oznacza. - Draco Malfoy też tam był..
Włoch odepchnął czarodzieja i spojrzał na niego
- Też tam był? - w jego glosie brzmiała tylko wściekłość - Nieważne kto to zrobił, Alberto został porwany, bo tam był. Zemsta będzie straszna, gdy odzyskamy naszego syna. - Złapał za rękę swoją żonę i deportował się z nią do swojego zamku.
Były minister magii usiadł w fotelu chowając twarz w dłoniach.
- Zapowiada się kolejna wojna - jęknął do siebie, po czym wstał i deportował się do Włoskiego Ministerstwa Magii.
*****************************
Na kamiennym chodniku pojawiły się znikąd dwie postaci. Szybkim, dostojnym krokiem ruszyły ku wejściu do zamku. Tuż przed bramą jedna z nich uniosła dłoń z różdżką. Gdy weszli do środka, znaleźli się w małym przedsionku. Przybyłymi okazali się wysoki, dobrze zbudowany szatyn w średnim wieku i kobieta. Victor i Natalia Lodovico.
- Och, kochanie. Tak mi przykro - do Nadii podbiegła Natalia Lodovico. Przytuliła przyjaciółkę i spojrzała na nią ze smutkiem. Matkę Alberto otaczało także parę innych kobiet. Wszystkie ubrane były w bogate szaty i promieniowała z nich magia.
Przybyły mężczyzna zamienił kilka słów z Nadią i wszedł do salonu. Stał tam wielki stół. Na jego końcu siedział Lorrenzo, który przebrał się w fioletową szatę z czerwonym poszyciem. Wstal, gdy Victor uniósł rękę.
- Nie czas na pogaduszki. Twój syn jest najważniejszy - po czym usiadł po jego prawej stronie czym zajął ostatnie wolne miejsce przy stole.
Lorrenzo długo siedział w milczeniu. Słowa z jego ust wylatywały powoli jakby bojąc się zostać wypowiedzianymi.
- Zaufałem im, a oni mnie zdradzili. Dałem im syna, a oni dali mi ból i gniew. Cierpię moi starzy przyjaciele. Sam nie dam rady go odzyskać - spojrzał na przybyłych gości.
Przez długą chwilę panowała cisza. Przerwał ją młody chłopak z blond włosami opadającymi na ramiona. W dłoni trzymał mahoniową laskę.
- Ty nauczyłeś mnie jak być mężczyzną. Byłeś mi ojcem, a Alberto bratem. Mój ród wam pomoże - Wyciągnął różdżkę i wystrzelił z niej biały promień, który zniknął w dłoni Lorrenzo. Czarodziej uśmiechnął się.
- Mój ród wam pomoże - ze swojego miejsca wstał Victor Lodovico i również wyczarował promień w stronę dłoni przyjaciela.
Ze swoich miejsc kolejno wstawali czarodzieje, przedstawiciele najstarszych rodów czarodziejskich z Włoch. W końcu jedyną siedzącą osobą była kobieta z woalką na twarzy. Wstała, odsłoniła swoje oblicze. Joanna Zabini przysięgła pomoc Galilei'emu.
Lorrenzo Galilei wstał i ścisnął dłoń, która rozbłysła białym światłem.
- Dziękuję wam. - skłonił głowę - Czas działać.
****************************
Draco w ciszy obserwował przesuwające się wskazówki zegara. Od ostatniej wizyty matki minęło już pół dnia. W nocy sala szpitalna była jeszcze bardziej ponura. Nagie ściany, łóżka i świadomość, że ktoś tu cierpiał i będzie cierpieć w przyszłości. Nie pomagało to w szybkim odzyskaniu zdrowia. Jedyne światło pochodziło z gabinetu uzdrowiciela. Zachariasz Smith siedział przy swoim biurku wypełniając karty pacjentów i wszystkie dokumenty, które miał na głowie. Zmęczony potarł oczy i wypił kieliszek ognistej whisky. Kiedy na niebie widniały gwiazdy, nikt nie stał nad uzdrowicielami pilnując czy nie robią czegoś niezgodnego z przepisami.
Były puchon nalewał właśnie trunek do kieliszka, gdy szpitalem wstrząsnął huk, a ze ścian posypał się pył. Uzdrowiciel wyrzucił butelkę i wyciągając różdżkę wybiegł z gabinetu. Na środku sali stał Draco Malfoy, który również w ręce trzymał różdżkę. Smith przejechał po nim wzrokiem.
- Zostań tu. Sprawdzę co się dzieje - zatrzymał go dłonią i wybiegł z sali na korytarz.
Budynkiem wstrząsnęło kolejny raz. Gdy uzdrowiciel znalazł się przy wejściu, stali tam stłoczeni aurorzy, pracownicy Munga i niezamaskowani napastnicy chcący się wedrzeć do szpitala. Jeden z nich ujrzał blondyna.
- Tarrantelegra - zaklęcie trafiło w cel i czarodziej upadł na ziemię wijąc nogami. Rozszerzył oczy, gdy zobaczył jaki ruch dłonią wykonuje atakujący go.
- Drętwota - napastnik padł na ziemię ślizgając się po rozlanej wcześniej wodzie.
W holu panował chaos. Aurorzy bezskutecznie odpierali ataki. Nie dawali rady przeważającej liczbie przeciwników. Schaklebolt walczył z wysokim łysym czarodziejem w szarej szacie.
- Impedimento - minister magii go prosto w pierś. Czarodziej upadając, wytrącił z równowagi swojego partnera. Wystrzelone przez niego zaklęcie eksplozji trafiło w sufit burząc go i zrzucając na walczących pył i kamienie.
- Oddajcie Draco Malfoya - dowódcą grupy napastników był Victor Lodovico. Walcząc z Finneganem, rozbroił aurora. Machnął różdżką, a zaklęcie odrzuciło jego przeciwnika na drzwi wejściowe. Chłopak podniósł oszołomiony głowę, by po chwili stracić przytomność.
- Nie oddamy wam nikogo. Nie wiemy nawet kim jesteście - Kingsley Schaklebolt spojrzał na włocha.
- Nie ważne kim jesteśmy, ale czego chcemy. Zemsta będzie straszna. Malfoyowie pożałują, że zdradzili Galileich - szlachcic szybko uskoczył przed klątwą i uniósł dłoń.
- Petrificus Totalus - zaklęcie dosięgło byłego szefa aurorów, który padł na ziemię łapiąc się za szatę.
Draco Malfoy chodził od ściany do ściany niepewny kto wygrywa. Po latach spędzonych w Azkabanie, nie chciał mieszać się do walki. Nieśmiało jednak podszedł do drzwi. Gdy znalazł się przy nich, ktoś złapał go za ramię i przyciągnął do siebie.
- Zostaw mnie... - Draco zdołał wyrwać prawą dłoń i wycelował różdżkę w nieznajomego.
- Confri... - zaskoczony nie dokończył, gdy poczuł jak jego ciało się unosi, a on sam się deportuje.

4 komentarze:

  1. Dobre, dobre :) Coraz lepsze.Włosi, rodziny, zemsta, trochę jak w "Ojcu chrzestnym", swoją drogą genialny film :) Włoska mafia rządzi, >:)

    OdpowiedzUsuń
  2. No to tak.. Będę szczera. Nie znoszę Harrego Pottera. Odkąd tylko się pojawił, nie mogę się przekonać do tej serii i nie rozumiem zachwytu ludzi nad nią. Więc początkowo niezbyt entuzjastycznie podchodziłam do Drarry. Ale Twój blog.. Nie wiem co powiedzieć.. wow! Jest naprawdę świetny. Wszystko "pochłonęłam" od razu. Masz talent, piszesz przejrzyście, nie robisz błędów, wszystko jest naprawdę świetne, do tego dynamiczna akcja i postaci o wiele lepsze niż w książce (przynajmniej według mnie)! Dlatego nie zostanę już fanką Harrego, ale Twoją fanką na pewno zostanę i to nie jest mój ostatni komentarz u Ciebie ;)
    Pozostaje mi życzyć Ci weny, przesyłać całusy i pozdrowienia :*

    No i korzystając z okazji, zapraszam do siebie - trocheomilosci.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło było przeczytać taki komentarz tuż po wstaniu z łóżka:)
      Cieszę się, że udało mi się zaciekawić na tyle, że chciało Ci się zasiąść i przeczytać. Oczywiście jeśli o błędach mowa, zawdzięczam to kochanej Kage, która zawsze pomoże mi w redagowaniu rozdziałów <3
      Również pozdrawiam i przesyłam buziaki życząc ciepłych radosnych świąt.
      Z miłą chęcią wczytam się w kolejny świat.

      Usuń
  3. Czekam na coś nowego nie mogę się doczekać pisz szybko

    OdpowiedzUsuń