wtorek, 28 stycznia 2014

Rozdział VII "Spotkanie"


Ulica Śmiertelnego Nokturnu zawsze była niebezpiecznym miejscem. Nawet po całkowitym upadku czarnego pana, można było tu spotkać fascynatów czarnej magii, zwolenników idei antymugolskich i podejrzanych typów często stroniących od prawa.
Joanne Zabini mimo, że była kobietą nie bała się przechadzać między sklepami z częściami ciała samobójców, których używało się do najmroczniejszych eliksirów czy antykwariatami z tomami o zaklęciach, które zawsze przelewały rzeki krwi. Kobieta była pewna siebie. Od upadku czarnego pana nie bała się już jego gniewu, nie robiła sobie też zbyt wiele z możliwości spotkania swych dawnych towarzyszy. Większość z nich wylądowała w Azkabanie lub zeszła do podziemi żyjąc niczym wampiry i wilkołaki. Była śmierciożerczyni była bezwzględna, gdy walczyła o los swój i swojego syna. Nie miała skrupułów w zabiciu swoich mężów by pomnożyć swój majątek i ostatecznie stać się głową starego czarodziejskiego rodu. Zapewniła synowi przyszłość. To było warte wszystkich jej starań.
Idąc szybkim krokiem bez słowa mijała biedaków, tajemnicze typy i ulicznych sprzedawców ciągle wciskających pozostałe po wojnie magiczne atrybuty. Żadna z tych osób nie interesowała Joanne, szukała ona jednego człowieka. Właśnie zamierzała skręcić, gdy ktoś złapał delikatnie jej ramię.
- Pani Zabini, jestem tutaj - głos należał do Percy'ego Weasley'a. Urzędnik ministerstwa wyłonił się z cienia. Ubrany w długi czarny płaszcz rzucił na siebie świetne zaklęcie maskujące, by nikt kto nie ma do niego sprawy, go widział.
- Ahh, dobrze. Chodźmy szybko - Joanne weszła do pobliskiego pubu ciągnąc za sobą chłopaka. Usiedli przy najbliższym stoliku. Percy ręką dał znać kelnerowi,żeby nie zawracał im głowy.
- Chciała się pani widzieć z kimś kto ma wejście w Azkabanie - zaczął mówić były prefekt naczelny w Hogwarcie - W jakim celu?
Joanne nachyliła się nad nim i zaczęła szeptać mu do ucha.
- Wiem co jest grane. Wiem o ataku na Munga i sytuacji Malfoyów... - zaczęła, gdy przerwał jej oburzony asystent ministra magii.
- Skąd...?
- To jest moja tajemnica wywiadu panie Weasley. Mogę jednak pomóc ministerstwu w uporaniu się z tą sytuacją. - blondynka poprawiła swój szal.
- Jak? - Percy zainteresował się jej ofertą. Wiedział, że ministerstwo było w kropce. Nie mogli porozumieć się z napastnikami, a włoskie ministerstwo też nic nie wiedziało.
- Muszę widzieć się z Lucjuszem Malfoy'em. - kobieta ściszyła głos - Ty możesz załatwić mi wejście tam.
Percy rozszerzył zdziwiony oczy. Ledwo powstrzymał się od krzyku. Do Azkabanu nie można było wejść bez przepustki ważnych urzędników ministerstwa. Mimo, że Percy był asystentem ministra, nie mógł jej dać pozwolenia.
- To nie ode mnie zależy... - szepnął - Jedynie minister i szefowie departamentów mają taką władzę.
Joanne uśmiechnęła się i zatrzepotała brwiami. Położyła dłoń na dłoni pracownika ministerstwa.
- Słyszałam, że jesteś bardzo ambitnym chłopcem. Jeśli się postarasz, na pewno ci się uda. Twoja praca będzie też nagrodzona
Percy zmrużył oczy - co pani ma na myśli?
- Jestem bogatą kobietą i wiem jak odwdzięczyć się za pomoc - wyjęła ze swojej torebki pokaźną sakiewkę. - 1000 galeonów to chyba dobra cena?
Percy zmierzył wzrokiem pieniądze. Początkowo chciał wyjść, ale zaczął myśleć. Fredowi i George'owi dobrze się wiodło, ale nie chciał prosić ich o pieniądze na ślub. Swoje zarobki oszczędzał. Ta kwota pozwoliłaby mu zacząć życie na dobrej płaszczyźnie. Wierzył też kobiecie, że pomoże w ich sprawie. Wstał i podał jej rękę.
- Może pani na mnie liczyć. - Nachylił się nad nią - Jutro w tym samym miejscu.
Joanne kiwnęła głową i odprowadziła Weasley'a wzrokiem. Z uśmiechem zaczęła wystukiwać palcami o blat powolny rytm. Zaczęła grę, w której zamierzała wygrać więcej niż życie chłopaka z Włoch.
***
Harry obudził się , gdy promienie słońca zaczęły padać na jego twarz. Przeciągnął się i rozejrzał po mieszkaniu. Śniło mu się, że w nocy Malfoy aportował się do jego mieszkania. Potter wiedział, że to mało prawdopodobne, więc ponownie zamknął oczy zamierzając odespać tydzień pracy.
- Potteeeer - krzyk Malfoya rozległ się po mieszkaniu. Harry spadł z kanapy lądując na podłodze i obijając sobie kolano. Złapał różdżkę i uśmiechnął się. Był pewien, że Draco znajduje się w jego domu. Głos dobiegał z kuchni, więc brunet wciągnął buty na gołe stopy i wszedł do środka. Przed sobą zobaczył Malfoya. Blondyn stał przed lodówką mając zszokowaną minę. Gdy zobaczył Harry'ego, wyjął ze środka zmrożonego kurczaka
- Co to jest? - stuknął w niego palcem.
- Kurczak - Harry ledwo powstrzymywał się od śmiechu.
- Co ty mu zrobiłeś? - Draco podniósł mięso oglądając je uważnie.
Harry nie mogł dłużej wytrzymać i parsknął śmiechem.
- Takiego go kupiłem, ale odłóż go. Nie nadaje się na śniadanie - były gryfon wskazał dłonią lodówkę.
- A to? - blondyn złapał paczkę chipsów i otworzył ją. Powąchał ją delikatnie i poczęstował się kilkoma chipsami.
- To są chipsy, krojone ziemniaki obtaczają w papryce albo śmietanie i pieką - Harry wytłumaczył chłopakowi - ale one też nie nadają się na śniadanie. Siadaj, ja coś zrobię.
Młodość spędzona w domu u Dursley'ów nauczyła Harry'ego jak dobrze gotować. Brunet podszedł do kuchenki. Kiedy przyrządzał posiłki, nie używał magii. Wolał robić to naturalnie. Wyjął z lodówki jajka i bekon. Włączył kuchenkę gazową i postawił na niej patelnie. Wlał odrobinę oleju i zaczął szukać soli. Kiedy się nachylił, by sięgnąć do dolnej półki, usłyszał blondyna.
-  Zakończenie szkoły dobrze na ciebie podziałało. Nabyłeś gust
Harry zarumienił się. Prawda była taka, że dopiero po wyprowadzce od Dursley'ów mógł ubierać się jak chciał.
Szybko przyrządził jajecznicę. Kiedy nakładał ją na talerz Draco, zdziwił się gdy usłyszał, że ten dziękuje. Usiadł naprzeciwko i zaczął jeść. Nie wiedział, co ma powiedzieć. Cieszył się, że Draco jest tu z nim, ale wiedział, że to tylko chwilowe. Kiedy odnajdą Alberto, ślizgon na pewno będzie chciał wrócić do niego.
- Lepiej już się czujesz? - zapytał troskliwie
Draco odłożył widelec i spojrzał na talerz.
- o co ci chodzi?
Harry zaniepokoił się jego tonem. Spojrzał na jego twarz, ale blondyn uparcie trzymał wzrok nisko.
- Martwię się o ciebie - auror wyrzucił z siebie
Draco wstał i parsknął - Martwisz się o mnie? Parę lat temu chcieliśmy się pozabijać. Pamiętam co zrobiłeś mi na szóstym roku.
Harry spuścił wzrok. Też doskonale pamiętał ten dzień. Żałował każdego dnia od użycia tego zaklęcia.
- Nie wiedziałem co to za zaklęcie - powiedział cicho
- Więc równie dobrze sam mogłeś się nim zabić. Nie sądziłem, że taki debil z ciebie - Draco oparł się o blat stołu.
Harry wstał i nie wiedział co powiedzieć. Czuł jakby ktoś przebijał mu serce i kładł ciężar na klatkę piersiową. Uczucie, które nie ma szans na wzajemność boli bardziej niż strata. Draco zauważył, że Potter zachowuje się dziwnie. Nie wiedział co to za uczucie tak go męczy. Podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu.
- Przepraszam cię. Jestem zmęczony całą tą sytuacją. Alberto zaginął, ja i matka musimy się ukrywać jak psy i jeszcze...nie brałem prysznica - blondyn uśmiechnął się do Harry'ego.
Auror odzwajemnił uśmiech i machnął ręką za siebie.
- Pierwsze drzwi po lewej to łazienka. Idź śmiało, ja poczekam.
Draco wyprostował się dumnie i udał w stronę łazienki. Harry posprzątał po śniadaniu i usiadł przy stole. Mimo, że był dopiero ranek, on już był zmęczony. Chcąc umilić sobie czas, wziął ze stołu mugolską gazetę. Codziennie zamawiał Proroka Codziennego, ale jak kiedyś Dumbledore, tak teraz Harry lubił czytać zwykłe gazety. Mógł dowiedzieć się o dziwnych, niewyjaśnionych przestępstwach, które mogli popełnić czarodzieje. Zauważył jednak artykuł o krachu giełdy. Pamiętał jak Vernon Dursley raczył całą rodzinę pogadankami o wzroście ceny jego firmy na rynku. Minęło sporo czasu, gdy do salonu wrócił blondyn. Miał na sobie czarne rurki należące  do Harry'ego i koszulkę, która również była jego własnością. Draco poczuł, że musi się usprawiedliwić.
- Tylko to było w miarę fajne Potter - wzruszył ramionami - łazienka wolna
- Idziemy dzisiaj na zakupy - zaordynował Harry wychodząc z pokoju.
Draco został sam. Rozglądał się dookoła siebie. Kiedy był młody, zdarzało mu się bywać w tym domu. Wtedy żyła jednak jeszcze matka Syriusza Blacka. Była okropną wiedźmą nawet według blondyna. Wierzył plotkom, że w piwnicy trzymała kilku mugoli, by miała kogo torturować dla zabawy. Podszedł do kominka. Stało na nim zdjęcie Harry'ego z Ronem i Hermioną. Wszyscy byli uśmiechnięci. Obok była fotografia dużej liczby ludzi. Draco nie znał większości z nich, ale rozpoznał Petera Pettigrew'a, Moody'ego, Dumbledora i Syriusza. Jego wzrok przykuł mężczyzna podobny do Harry'ego. Wysoki z rozczochranymi włosami, nosił okulary. Przyglądał się fotografii jakiś czas. Widział, że darzyli się szacunkiem i sympatią.
- Byli jak rodzina - blondyn wyszeptał do siebie. Sam nie wiedział dokładnie jak to jest. Miał wszystko, mógł sobie pozwolić na leżenie plackiem resztę życia, ale nie był szczęśliwy w domu. Kiedy uświadomił sobie, że jest gejem, musiał to ukrywać przed ojcem. Zawsze musiał być posłuszny. To Lucjusz wykształcił w nim pogardę dla tego co inne, gorsze, mniej ważne. Kiedy Voldemort powrócił, Draco poczuł, że to jest szansa na udowodnienie ojcu, że jest kimś. Sam przygotowywał się psychicznie na to kilka dni by osobiście iść porozmawiać z Czarnym Panem. Chciał zgłosić się do jakiejś misji, pokazać, że mu zależy i że się nie boi. Pierwsze spotkanie dało mu wyłącznie ból.
- Crucio - leniwy głos Voldemorta wywołał klątwę bólu, która przeszła przez ciało blondyna falami. Chłopak podniósł się ciężko dysząc.
- Panie... - wyszeptał.
- Draco, Draco...Jesteś młodym czarodziejem. Nawet nie uczyłeś się jeszcze zaklęć niewerbalnych czy transmutacji ciał ożywionych. Nie przydasz mi się, a twój ojciec nie chciałby abyś przerywał już edukację. Jeśli jednak chcesz się wykazać, działaj w Hogwarcie. Zbieraj informacje, szukaj słabych punktów nauczycieli. Będziesz moim szpiegiem - Czarnoksieżnik wstał i wyszedł z komnaty. Draco łapał ciągle oddech, ale wiedział, że nie może zawieść.
- Draco? - blondyn cofnął się jak oparzony czując czyjąś dłoń. Zdjęcie wypadło mu z ręki.
- Przepraszam - były ślizgon szybko je podniósł. Wyjął różdżkę - reparo - po chwili odstawił całą fotografię z powrotem na kominek. Spojrzał na Pottera i lekko go zamurowało.
Harry miał na sobie fioletowe rurki i bladoniebieską, obcisłą koszulę. Rozczochrał włosy nad czołem  nadając im zawadiacki wygląd. Był przystojny i nawet Draco musiał to przyznać.
- Ładnie wyglądasz - powiedział po chwili.
Brunet zarumienił się nie odpowiadając. Stali naprzeciwko siebie kilka minut. Draco już otwierał usta, gdy usłyszeli pukanie do drzwi. Spojrzeli po sobie, po czym Harry wyszedł z pokoju zobaczyć kto przyszedł. Po chwili wrócił z Hermioną Granger. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko do Draco, który również odpowiedział delikatnym uśmiechem. Kiedy wrócił Harry, stanął po środku.
- Co cię sprowadza Hermiono? - zapytał szczerze zaciekawiony
Dziewczyna nie wytrzymała i podeszła przytulić przyjaciela. Cieszyła się, że nic mu nie jest. Po chwili wahania delikatnie przytuliła także Draco. Blondyn był szczerze zdziwiony i zadowolony. Czuł miłe ciepło, że ktoś postanowił się z nim przywitać.
- Słyszałam o Mungu i o Malfoyach. Tak mi przykro Draco... Na dodatek kompletnie nie można się z nimi dogadać. Związali się przysięgami magicznymi, że odnajdą tego Alberto i ukarzą winnych. Nie wiem czy magia związała ciebie Draco i twoją matkę. Nie jesteście winni porwania, nawet jeśli oni o tym nie wiedzą. Co nie zmienia faktu, że chcą was zabić. Poszperałam trochę w bibliotece... - przerwała widząc minę Harry'ego. Jak zwykle zdawał się nie wiedzieć o co dokładnie chodzi. Draco miał inną minę, była na niej uwaga i zaciętość. Dziewczyna westchnęła i kontynuowała - W czasie wojny Bellatrix mieszkała w domu swojego męża Rudolfusa. Po upadku czarnego pana dom został przeszukany przez ministerstwo i obecnie jest opuszczony. Byłam tam w nocy i znalazłam coś co może nam pomóc.
Draco dopadł ku niej i złożył ręce w błagalnym geście. Hermiona jednak większą uwagę zwróciła na widok przyjaciela, który ze smutkiem w oczach obserwował tą scenę.
- Pomóż nam proszę - blondyn starał się zwrócić uwagę dziewczyny.
- Oczywiście, że wam pomogę - obruszyła się i sięgnęła do torebki. Wyjęła mały bukiet kwiatów. Widząc zmieszane miny chłopaków, uświadomiła sobie, że nie wiedzą co to jest.
- To kwiaty Feniksa. Bardzo rzadka roślina, która wyrasta, gdy feniks spala się na powietrzu i zostawia na ziemi, trawie, popiół z siebie. Same w sobie nie mają większych zastosowań magicznych, ale są dobrym tropem. Kwiaty żyją tylko kilka dni. Ktoś musiał być niedawno w ich domu, a ministerstwo sprawdzało je parę lat temu.
- Kto tam był z feniksem? - Harry był zaskoczony.
Hermiona już otwierała usta, gdy wyprzedził ją Draco
- Moja ciotka kupiła sobie feniksa po powrocie czarnego pana. Jego łzy pomagały utrzymać jego formę cielesną w dobrym stanie. Na pewno sama go teraz używa.
Dziewczyna kiwnęła głową - Mamy już trop. Jeśli była tam niedawno, może wrócić.
- Będziemy ją śledzić? - Harry zapytał
Hermiona przymknęła oczy - Jak? Deportujesz się z nią i zginiesz przy pierwszym ruchu. Będziemy liczyć na magię. Kwiaty feniksa zostawiają ślad. Podobno wielcy czarodzieje potrafię odczytywać ślady magii. Słyszałam, że...
- Dumbledore - wyszeptał Harry - wtedy w jaskini poznał magię Riddle'a i odkrył gdzie ukrył łódź i jak jej użyć.
- Ale on nie żyje - Draco spuścił głowę. Wiedział, że w pewnym stopniu jest winny śmierci Dumbledore'a.
- To nie twoja wina, że zginął - Hermiona cicho powiedziała. - Chcesz usłyszeć jak było naprawdę?
Draco podniósł wzrok. Kiedy usłyszał, że nie jest winny śmierci dyrektora, musiał się dowiedzieć o co chodzi. Harry i Hermiona szybko streścili mu historię ostatnich lat. Wyprawę Dumbledore'a po horkruksy i nieuleczalną klątwę.
Kiedy skończyli, Draco się zaśmiał. Od razu jednak wrócił do powagi.
- Kiedy Dumbledore umarł...kiedy Snape go zabił, czarny pan był wniebowzięty. Pysznił się tym na każdym kroku, a okazało się, że to nie on odpowiada za jego śmierć. Naprawdę Dumby był większym czarodziejem - powiedział cicho do siebie.
- Tak - potwierdził auror. Klasnął w dłonie i podszedł do przyjaciół. - Jaki mamy plan?
- Draco musi być bezpieczny, więc będzie z tobą. Ja poszukam informacji w miejscach, gdzie Bellatrix mogła bywać, a wy znajdźcie kogoś kto zna się na czytaniu magii.
- Dumbledore... - Harry ponownie wymówił nazwisko dyrektora.
- On nie żyje Potter - Draco pomachał mu dłonią przed oczyma.
- Ale jego portret jest w Hogwarcie. Może porozmawiamy z nim i uda mu się nam pomóc - brunet wziął kwiaty od przyjaciółki  i włożył je do swojej sakiewki ze skóry wsiąkiewki.
- Dobrze... - Hermiona zgodziła się, bo plan był dobry. Już miała się żegnać, gdy jeszcze raz spojrzała na Harry'ego. Musiała z nim porozmawiać. Podeszła do niego i łapiąc za ramię, zaprowadziła go do kuchni.
Harry spojrzał na na nią dziwnie.
- O co chodzi?
- O ciebie i Malfoya. Patrzyłeś się na niego jak Ron na półmisek kotletów, a jak tylko wspomniał o Alberto, miałeś minę jak Ron, któremu ktoś zjadł wszystkie kotlety.
Harry spuścił głos. Sam nie był pewien swoich uczuć.
- Nie wiem Hermiono... Kiedy przybył tu w nocy... w ogóle skąd wiedziałaś?
Dziewczyna machnęła ręką - Mam order Merlina, nie odmówią mi informacji, zwłaszcza przed kolejną rozprawą o prawa istot magicznych.
- Szpiegujesz mnie? - Brunet powoli gubił się w jej tłumaczeniach.
- Ohh Harry, jesteś moim przyjacielem. Widzę, że zależy ci żeby pomóc Draco, więc ja pomogę tobie. - przytuliła go. Po kilku sekundach parsknęła śmiechem.
- Co? - wybraniec spojrzał na nią
- Jesteś gejem, mam rację? - Hermiona miała uśmiech na całej twarzy.
- No tak, chyba tak... - chłopak odpowiedział po chwili milczenia.
- Ohh Harry, to cudownie. Znaczy, nie miałam nic do ciebie hetero, ale pomyśl o Cho i Ginny... - Hermiona przerwała zakłopotana - w szóstej klasie zdziwiłam się twoją obsesją na punkcie Malfoya...
- Znów jestem tematem plotek? - blondyn nie mógł dłużej czekać sam i wszedł do kuchni.
- Jesteś antypatycznym dupkiem. Nie przerywa się dwóm ludziom w czasie rozmowy - Harry warknął.
- A ty jesteś prze moralnym marzycielem walczącym o dobro dla świata, który w genach ma zapisaną śmierć - Odparował Draco.
Hermiona pokręciła głową - ja już muszę iść. Jak tylko czegoś się dowiem, dam znać. A wy też bierzcie się do roboty - przytuliła dwóch chłopaków i wybiegła z kuchni.
Draco oparł się o kuchenkę - Zaledwie dwa razy mnie przytuliła i to jednego ranka. Widać, że mnie kocha - zakończył marzycielskim tonem.
- Wolałaby wykastrowanego trytona - rzucił brunet unikając lecącego ku niemu noża.
Draco patrzył na chłopaka z lekką dozą ciekawości. Irytował go fakt, że od dawna z nikim nie uprawiał seksu, a ma obok wolnego geja, który wręcz dyszy żądzą. Blondyn miał jednak wahania. Czuł wierność wobec Alberto, choć wiedział że ten na trasach koncertowych zdradzał go regularnie. Raz nawet na jego oczach. Kiedy Draco sobie o tym przypomniał, powiedział sobie, że uratuje go, ale nie pozwoli mu kolejny raz się zdradzić. Uśmiechnął się zalotnie do Pottera.
Harry nie wiedział o co chodzi Draco. Zaczął bać się jego uśmiechu. Kiedy blondyn podszedł do niego, brunetowi przyśpieszył oddech. Widział dłoń oplatającą jego plecy. Serce biło mu jak oszalałe, a oczy zasłoniła mgiełka.
- Potter, widocznie nie tylko ja mam chcicę - usłyszał podniecający szept Malfoya. Kiedy ten przybliżył swoją twarz, Harry pocałował go namiętnie. Przez jego ciało przeszła fala gorąca i podniecenia. Blondyn masował chłopaka po włosach i penetrował jego usta językiem. Kolanem przycisnął jego męskość.
- Potrzebujemy sił na cały dzień - zamruczał
Harry uśmiechnął się - o taaak - tylko to przyszło mu do głowy.
Malfoy położył się na podłodze kładąc na sobie Harry'ego. Masował go po pośladkach i delikatnie ugryzł płatek jego ucha.
- Przepraszam, że bez pukania, ale Hermiona kazała... - był to głos Rona. Głos początowo miły i ciepły, zamienił się w pełen obrzydzenia i pogardy.
Draco puścił Harry'ego i wygrzebał się spod jego ciała. Pomógł wstać brunetowi i spojrzał na Weasley'a.
- Miło, że przerwałeś nam miły początek dnia. Do końca życia zapamiętam, że mój pierwszy raz ze złotym dzieckiem czarodziejskiego świata został przerwany przez...ciebie - blondyn złapał się za głowę - Malfoyowie nigdy nie byli nakrywani podczas stosunków albo nikt nie przeżył dostatecznie długo, by o tym opowiadać... - przerwał i zaczął myśleć o swojej hipotezie.
Ron podszedł do przyjaciela.
- Odbiło ci? To śmierciożerca, zgniły gnojek, który chciał twojej śmierci, mojej, Hermiony i wszystkich dobrych - chłopak położył akcent na ostatnim słowie.
Harry złapał Rona za ramię. Ten je odtrącił.
- To nie tak Ron. - Brunet zbierał słowa - wojna wszystko zmieniła. Draco musiał udowodnić, że się zmienił, by wyjść. Od paru lat nie ma kontaktów z ojcem...
- Z takim ojcem, to nie szkoda... - rzucił Ron. Popchnął lekko Harry'ego - ale oczywiście ty zawsze robisz dobre rzeczy. Ginny płakała cztery miesiące. Połykała funty bahanich jajek i nawet mugolskich narkotyków czy jak to tam zwą, żeby o tobie zapomnieć. A ty okazujesz się pedałem i zadajesz się z naszym wrogiem z Hogwartu. Pieprzysz się z nim...
- To nie szkoła Ron. Życie się zmieniło i my się zmieniliśmy. Nie możemy żyć nienawiścią sprzed paru lat. Draco jest w niebezpieczeństwie. Wszyscy są w niebezpieczeństwie. Zaatakowali Munga, to czego nie zrobią? I tak, jestem pedałem...jeśli ci to przeszkadza, to możesz iść - Harry nie chciał kończyć przyjaźni, ale nie wiedział jak postąpić inaczej - Nie chciałem skrzywdzić Ginny, a tak na pewno by się stało, gdybyśmy byli ze sobą dłużej. Przykro mi, że tak to znosi... Co chciałeś mi przekazać? - zapytał po chwili.
Ron rzucił na stół książkę i pokręcił głową - Nawet on jest lepszy ode mnie - gdy kierował się do wyjścia, zatrzymał go Harry.
- Myślisz, że tylko ty miałeś ciężko w życiu? Jedenaście lat żyłem w świadomości, że moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, a ja spędzę młodość w komórce pod schodami. Potem okazało się, że moi rodzice zostali zabici, a marzeniem Lorda Voldemorta jest mnie ukatrupić szybciej, niż Snape poleciałby po szampon. Walczyłem z nim, pająkami, sfinksem, smokami, dementorami, śmierciożercami. Na brodę Merlina, byłem żywym trupem - Harry nie potrafił znaleźć lepszego określenia  - zawsze chciałem, by nikt nie miał tak przesrane jak ja. Bez rodziny, z chmarą zabójców i kompletnym brakiem wiedzy o tym świecie. Teraz po tym wszystkim, nadal nie mogę normalnie żyć, bo mój instynkt ratowniczy każe mi pomagać tym, którzy pomocy potrzebują. Draco jest taką osobą. Też wiele przeszedł. Służba złu wykańcza zarówno fizycznie jak i psychicznie. Co tydzień prawie jestem w Azkabanie i wiem jak tam jest. Nawet bez dementorów, to okropne miejsce. Więc z łaski swojej ponarzekaj na swój los komuś kto przegra z tobą - po czym odwrócił się i usiadł na krześle. Obnażanie duszy wyczerpuje człowieka.
Ron był cały czerwony. Milczał kilka minut i wyszedł trzaskając drzwiami.
Draco spojrzał na bruneta z podziwem. Nie spodziewał się tak zażartej mowy obrończej. Blondyn podszedł i przykucnął w kolanach, zaciskając mu dłoń na ramieniu i patrząc w oczy.
- Zachowałeś się jak prawdziwy ślizgon - rzekł z dumą uśmiechając się - Dziękuję - powiedział po chwili i pocałował go delikatnie w usta.
Harry podtrzymał pocałunek. Czuł ulgę wymieszaną z bólem utraty przyjaciela. Tracąc Rona, zyskał Draco. Jeszcze nie wiedział, która przyjaźń ma dla niego większe znaczenie.

niedziela, 12 stycznia 2014

Rozdział VI "Divide et impera"


- Byłaś i jesteś moją najwierniejszą służką Bellatrix. - Blady palec Voldemorta przesunął się po twarzy śmierciożerczyni. - Twoja wierność zostanie nagrodzona. Po wyłamaniu bram Hogwartu, pokażę Ci wiedzę i potęgę skrywaną przez tego starego głupca.
- Dziękuję ci panie... - Bellatrix Lestrange patrzyła na swojego mistrza z fascynacją i wręcz namacalnym strachem. - Jestem twoją najwierniejszą i pragnę ci coś powiedzieć... - szybko spojrzała się za siebie, upewniając się czy są sami.
- Spokojnie. -Czarny pan pokręcił głową. -Nikt tu nie wejdzie bez mojej zgody. Jesteśmy sami. Co zamierzasz mi powiedzieć? - w zimnym głosie czarnoksiężnika dało się wyczuć grozę i nutkę zainteresowania.
- Zabini, Joanna Zabini... - czarownica szukała odpowiednich słów -... jej syn umiera, a ona zaczęła szukać śladów twojej drogi do nieśmiertelności. Wypytywała się mnie o horkr... - Nie zdołała dokończyć słowa, gdy jej ciało uderzyło o ścianę potraktowane cruciatusem.
- Kiedy to się stało? -Voldemort nie podnosił głosu, ale narastała w nim wściekłość.
- Tydzień temu. Ona jest tutaj, panie... W dworze Malfoyów. Jej syn, Blaize, tu odpoczywa. - Bellatrix szybko zasłoniła głowę, bojąc się kolejnego wybuchu furii u swojego pana.
- Przyprowadź... ją do mnie - Voldemort schował różdżkę do fałdy swojej szaty. Potomkini rodu Blacków kłaniając się, wycofała się z pokoju i skierowała się na piętro. Mijała swoją siostrę, Lucjusza dyskutującego ze Snape'm, który również przybył na spotkanie. W dworze znajdowali się najważniejsi śmierciożercy i sam czarny pan. Ministerstwo zostało opanowane, Hogwart również był pod ich kontrolą. To oni wygrali wojnę i rozdawali karty. Jeszcze poprzedniego dnia sama złapała dwóch chłopaków brudnej krwi. Tylko jeden z nich miał różdżkę. Tak łatwo było rzucić zaklęcie. Dwa razy... Bellatrix wzięła głęboki oddech i otworzyła drzwi do komnaty. Znajdowało się w niej łóżko i krzesło. Na łóżku leżał Blaize. Kiedy pewnego dnia został zaatakowany przez aurorów, dostał klątwą. Działała powoli, ale sprawiała ból. Na krześle siedziała jego matka Joanna. Wysoka blondynka zdziwionym i lekko przestraszonym wzrokiem spojrzała na swoją daleką kuzynkę.
- O co chodzi? Jestem zajęta... - przerwała widząc minę Bellatrix.
- Czarny pan cię wzywa. Natychmiast chce cię widzieć samą. - Zaakcentowała ostatnie słowo z lekką pogardą. Joanna wyprostowała się dumnie i spojrzała na śmierciożerczynię bez strachu w oczach.
- Zdrada zawsze do nas wraca. Czasem szybciej niż się tego spodziewasz, kochanie - podeszła do niej i pogładziła ją po policzku. Bellatrix patrzyła na nią zszokowana.
- Nie dasz rady uciec... - wyszeptała ściskając w kieszeni swoją różdżkę.
- Nie dacie rady mnie zatrzymać - Joanna powiedziała głośno i złapała mocno swojego syna. Nim czarnowłosa, blada śmierciożerczyni zdołała krzyknąć, Joanna zniknęła ze swoim synem. Pokój był pusty... Łóżko rozkopane, a krzesło przewrócone. Włosy Bellatrix owiewał chłodny wiatr z otwartego okna.
- Zabije mnie... Czarny pan mnie zabije... Co robić? - jej wzrok przykuła półka z otwartą wielką księgą z czarnymi stronami. Powolnym krokiem podeszła do ściany i zdjęła z półki wolumin. Wyczuła w nim magię. Księga nią zionęła. Strony były całkowicie czarne, a litery zapisane złotym, lśniącym alfabetem. Bellatrix ostrożnie przekręciła stronę. Oddech jej przyśpieszył. To była księga o horkruksach. Otwarta strona pokazywała formułę tworzenia magicznego artefaktu. Pod nią zapisana była sentencja.
-"Mort et Victoria Gloria et Lux Mort ut dominus" ("Śmierć nam panem")... -Bellatrix cicho wypowiedziała ostatnią frazę zapominając o tym, że ciągle trzymała różdżkę. Magia zaczęła działać na rękę śmierciożerczyni, która była zmuszona wyjąć ją z fałd szaty. Prawa dłoń drżała jej czując przypływ mrocznej mocy, przepełniającej całe jej ciało. Poczuła jak wzbiera w niej złość. Wiedziała, że zabiłaby każdego kto wejdzie do komnaty. Przeczucie kazało jej położyć dłoń na księdze i czekać. Minuty mijały powoli. Z każdą sekundą strach Bellatrix przed czarnym panem malał. Księga dawała jej poczucie pewności siebie i wielkości. Po pewnym czasie drzwi otworzyły się i stanął w nich Runcorn. Szpieg czarnego pana w ministerstwie. Potężnie zbudowany mężczyzna zdziwionym wzrokiem spojrzał na Bellatrix. Bał się coś powiedzieć. Bał się jej wyglądu. Włosy Bellatrix były rozwiane przez rosnący w siłę wiatr. Jej oczy szeroko otwarte obserwowały przybysza bez cienia emocji. Ciało delikatnie drżało, a dłoń powoli unosiła różdżkę. Bellatrix zaczęła cicho nucić. - Hogwart, Hogwart, pieprzy wieprzy Hogwart. Naucz nas trochę czegoś... - po czym uśmiechnęła się szeroko. Albert Runcorn cofnął się o krok wyjmując różdżkę. - Jesteście za marni... żeby mnie pokonać... - Bellatrix zamknęła księgę i wyprostowała się z godnością. - Avada kedavra - wyszeptała cicho z radością po każdym słowie klątwy. Ciało pracownika ministerstwa cicho upadło na ziemię. Nie było na nim widać żadnych oznak śmierci. Jedynie puste oczy bez żadnego wyrazu oznaczały w nim brak życia. Wiatr w pokoju wzmógł się nieznacznie. Bellatrix poczuła i zobaczyła jak ciało Runcorna delikatnie znika. Sama poczuła, jak coś ucieka z jej wnętrza. Machnęła dłonią w powietrzu chcąc to zatrzymać. Śmierciożerczyni poczuła ucisk w klatce piersiowej. Złapała się za szatę i usiadła ostrożnie na łóżku. Powoli odzyskiwała oddech. Magia przepełniła jej ciało. Bellatrix czuła na równi strach z euforią. Wiedziała, że nikt nie może znaleźć księgi. W głowie miała opracowany plan. Złapała księgę i deportowała się z rezydencji swojej siostry. Długie godziny błądziła po starych domostwach czarodziejów szukając miejsca na ukrycie swojego krokusa. Późnym wieczorem znalazła stary dwór Lestrange'ów. Został przez nich opuszczony prawie sto lat temu, gdy w pobliżu toczyły się bitwy pierwszej wojny światowej. Opustoszały wielki dwór ciągle zionął czarną magią. Wielka brama w połowie urwana straszyła z daleka. Bellatrix szybkim krokiem weszła do posiadłości. Momentalnie odnalazła się w domu. Głównym pokojem był salon. W środku stał mały, okrągły stolik. Śmierciożerczyni obejrzała go uważnie i zauważyła małą szufladkę. Otworzyła ją, a do środka powoli włożyła księgę. Nie zamykając jeszcze szuflady, rzuciła potężne zaklęcia, jakich nauczył jej Voldemort. Gdy znalazła się przed domem, otoczyła go silnymi barierami. Przerwała jedno z zaklęć, gdy usłyszała głosy za jej plecami.
- Bellatrix Lestrange... W naszych sidłach. - Te słowa wytrąciły ją z równowagi. - Kto śmie...? - przerwała widząc przybyłych ludzi. Byli to cichociemni. Jedyni pracownicy ministerstwa, którzy stawili opór i nie poddali się Voldemorta. Najlepiej wykwalifikowani autorzy z najsilniejszą magią. Jeden z nich, wysoki blondyn przechylił delikatnie głowę uśmiechając się.
- Zaczynamy! - wyciągnął różdżkę i ukłonił się delikatnie. Bellatrix obserwowała ludzi ze strachem. Czuła, że nie ma przewagi. Wiedziała, że zginie. To dodało jej sił. Przypomniała sobie, że nie musi bać się śmierci. Sama również delikatnie się skłoniła i rzuciła się w wir walki.
- Sectusempra - wystrzeliła klątwę, zanim którykolwiek z cichociemnych zdołał swoją pomyśleć. Jeden z nich upadł na kolana krwawiąc obficie. Jego partner przyklęknął starając się go ratować.
- Drętwota - dowódca oddziału starał się złapać Bellatrix. Nie zależało mu na jej śmierci. Śmierciożerczyni uniknęła zaklęcia, po czym sama zaśmiała się i machnęła różdżką. Blondyn padł na twarz zwijając się z bólu, choć nie wydobył z siebie słowa.
- Hahah - zaśmiała się, gdy reszta oddziału deportowała się zostawiając dowódcę. - Teraz się pobawimy - złapała go i deportowała się z nim do swojego pana. Mroczny znak ciągle lśnił na jej ręce. Od upadku Voldemorta minęło już sporo czasu, a jego magia ciągle żyła w jego dawnych sługach. Teraz jednak czaszka nie przerażała, zaczynała wręcz nudzić. Bellatrix potarła ją lekko wskazującym palcem prawej dłoni. Stała na balkonie swojej rezydencji ochranianej potężnymi czarami godnymi wręcz Hogwartu. Tutaj nie musiała się bać ministerstwa, dawnych przyjaciół czy niepożądanych gości. Poprawiła delikatnie wiecznie rozczochrane włosy i wróciła do pokoju, gdzie pod ścianą leżał wyczerpany Alberto. Chłopak słysząc kroki uniósł twarz i spojrzał na swoją oprawczynię. Jego wzrok był rozbiegany i niepewny. Ciało drżało z zimna, głodu i nieczystości, które Alberto wyrzucał z siebie po każdym posiłku serwowanym mu przez Bellatrix. - Witaj Alberto. Co się z tobą stało? Taki znany piosenkarz, awangardowy twórca z takimi wpływami w takim marnym stanie? Co na to twoje wierne grono fanów? – szept kobiety był doskonale słyszalny.
- Nie złamiesz… mnie – wychrypiał brunet spuszczając z niej wzrok.
- Już cię złamałam, kochanie – Bellatrix uniosła różdżkę. – Flagrate Incarcerus – ogniste więzy oplotły ciało chłopaka. Alberto lekko westchnął. Był wdzięczny za odrobinę ciepła, ale węzy sprawiały mu niewiarygodny ból wywołując głuche jęknięcie. - Do końca życia tylko w takich chwilach będziesz jęczeć – Śmierciożerczyni machnęła krótko różdżką oczyszczając ciało chłopaka i wyszła z jego więzienia. ************************************************************************************
Harry właśnie kończył jeść sałatkę, gdy w jego pokoju pojawiły się dwie osoby. Seamus Finnigan i Draco Malfoy uczepiony ramienia aurora. Dłoń Seamusa krwawiła, więc gdy tylko wypuścił blondyna, usiadł na kanapie.
- Strzelił we mnie zaklęciem, dziad jeden, gdy się z nim do ciebie deportowałem. – westchnął, kręcąc głową. Harry szybko wstał i przyniósł apteczkę koledze ze szkoły. Popatrzył na przybyłych zdziwiony.
- Co się tu w ogóle dzieje, jeśli mogę wiedzieć? – starał się nie patrzeć na Draco.
- Św. Mung został zaatakowany. Szukali Draco, więc musieliśmy znaleźć bezpieczne miejsce. Wybraniec, ty mu je zapewnisz – Irlandczyk poklepał kolegę po plecach, po czym deportował się do ministerstwa.
- Nie będę z nim mieszkaaać!!- Harry i Draco równocześnie krzyknęli, patrząc w sufit. Po chwili Draco umilkł, z powrotem siadając na kanapie i obserwując mieszkanie. Podobało mu się. Urządzony w starym stylu dom żył magią, która w nim pulsowała dając poczucie bezpieczeństwa i mocy. Gdyby nie Potter tu mieszkał, Malfoy od razu by się wprowadzał.
- Wygląda na to, że…musisz u mnie zostać – jęknął zawiedziony Harry. Draco spojrzał na niego z wyrzutem czując zawód. Nie sądził, że auror ciągle tak go nie cierpi.
- Nie muszę tu być, jeśli nie chcesz… - wyszeptał, wstając.
- Nie gadaj głupstw – Harry złapał go za ramię i posadził na kanapie. Przeklął się w myślach, bo nie chciał go puścić. Zarumienił się. Draco usiadł wygodnie i spojrzał na Harry’ego. Od zakończenia szkoły wiele się zmieniło. Sam Potter wymężniał i stał się odrobinę przystojniejszy. Harry usiadł na kanapie i spojrzał na Draco. - Jesteś głodny? Nie wiem… - Wybraniec głowił się, bo póki co odwiedzali go jedynie Ron i Hermiona, a i to z rzadka, bo oboje byli zajęci.
- Jestem zmęczony…tym wszystkim… - były ślizgon ziewnął i padł na klatkę piersiową Pottera. Kiedy uznał, że jest dostatecznie wygodna, zamknął oczy i ponownie ziewnął zasypiając. Harry nie wiedział co ma zrobić. Zarumienił się, ale podobało mu się to. Delikatnie pogładził Draco po włosach i czuwał. - Albertoo – z ust Draco wyleciało ciche słowo. Harry odwrócił głowę. Nie rozumiał czemu, ale poczuł się bardzo samotny.

wtorek, 17 grudnia 2013

Rozdział 5 "Dla rodu, domu i honoru"

- It's time to say goodbyeee!!!! - sopranowy głos śpiewaczki długo rozchodził się w murach opery. Sara Conelli stała na scenie i dostojnie skłoniła się publiczności. Wywołała tym burzę braw od najniższych miejsc po same loże vipowskie zajmowane przez najbogatszych i najbardziej wpływowych adoratorów muzyki klasycznej. Jednym z nich był wysoki mężczyzna w średnim wieku z gęstymi, brązowymi włosami i delikatnie przyciętą blond bródką.
Lorrenzo Galilei ubrany był w aksamitny czarny garnitur, szary szalik i wysokie buty. Na drugim palcu prawej dłoni lśnił mu sygnet z herbem rodu, lwem powalającym i pożerającym węża na szczycie góry w gwieździstą noc. Mężczyzna siedział w fotelu sącząc czerwone wino z bogato zdobionego kielicha. Lekko przymkniętymi oczyma obserwował scenę, na którą wchodzili kolejni artyści. Korzystając z chwili przerwy, spojrzał na swoją żonę.
- Szkoda, że nie ma z nami Alberto. - westchnął i odstawił kielich na stojący tuż obok niego stolik. Przygryzł wargi i pokręcił głową. Kobieta siedząca obok niego poprawiła swój zielony, lśniący szal. Miała na sobie bogatą, odrobinę zbyt szykowną jak na operę suknię. Na jej dłoni również widniał sygnet rodu Galilei. Nadia miała go jednak na lewej dłoni. Uśmiechnęła się ciepło do męża.
- Alberto nigdy nie lubił takiej muzyki. Doskonale to widać, patrząc na jego koncerty i muzykę, którą tworzy. Skończył szkołę, pozwólmy mu odpocząć tam w Anglii - delikatnie przymknęła aprobująco powieki. - Ma taki dobry kontakt z Draco – zauważyła. Lorrenzo machnął dłonią. Zaakceptował orientację syna, pogodził się, że jego ród ma małe szanse na przedłużenie, ale nie mógł zaprzeczać, że to go bolało. Kochał Alberto, ale duma i świadomość potęgi rodu zmuszały go do wielu myśli, za które się przeklinał.
- Dzieci i tak z tego nie będzie - wycedził spuszczając wzrok. Wiedział, że to co powiedział było głupie, ale pozwolił poddać się emocjom.
Nadia spojrzała na męża ze współczuciem. Sama również zaakceptowała preferencje syna, ale smucił ją fakt, że nie będzie miała czystej krwi wnuka, jeżeli jakiś kiedykolwiek w ogóle się pojawi.
- Ważne, że jest szczęśliwy - cicho powiedziała spijając łyk wina ze swojej czary.
Lorrenzo kiwnął głową i położył swoją dłoń na dłoni żony.
W chwili gdy mial się rozpocząć kolejny akt sztuki, do loży wykupionej przez małżeństwo wszedł niski, korpulentny mężczyzna w czarnej czarodziejskiej szacie ściskając w dłoni melonik. Na jego twarzy widać było zmęczenie i pot. Nerwowo tarmosił swoje nakrycie głowy, po czym zamknął za sobą drzwi i podszedł do Włocha. Korneliusz Knot nie wiedział jak przekazać wiadomość, więc przełknął ślinę i spojrzał na małżeństwo.
Lorrenzo pokręcił głową zdegustowany. Nie lubił, kiedy czarodziej nie potrafił się dostosować do świata mugoli i narażał całą czarodziejską społeczność na ujawnienie. Doskonale znał Knota, kiedy ten jeszcze był ministrem magii, razem z Lucjuszem Malfoyem często przybywali do niego najczęściej w sprawach biznesowych i dotyczących ich dzieci. Teraz jednak, gdy Lucjusz był w Azkabanie, Włoch nie wiedział co może sprowadzać do niego byłego ministra. Wskazał mu miejsce w wolnym fotelu. Gdy ten usiadł, Lorrenzo przekręcił głowę.
- Czemu zawdzięczamy tą wizytę? Ostatni raz widzieliśmy się trzy lata temu - uśmiechnął się.
Korneliusz Knot jeszcze bardziej zgniótł melonik w swojej dłoni. Wziął głęboki oddech i zachrypniętym głosem cicho powiedział.
- Chodzi o waszego syna Alberto - spuścił głowę nie mogąc spojrzeć im w twarze.
Nadia podniosła się lekko ze swojego miejsca i krzyknęła.
- Co się dzieje? - złapała się za serce łapiąc oddech.
Lorrenzo szybko podszedł do żony i przytulił ją skupiając wzrok na Knocie.
- Co się stało? - w jego pozornie cichym głosie dało się wyczuć narastającą furię.
Były angielski minister magii wyrzucił chcąc mieć to za sobą.
- Alberto został porwany przez Bellatrix Lestrange. - poczuł w ustach gorycz po wypowiedzeniu imienia i nazwiska najwierniejszej służki Voldemorta.
Lorrenzo przytrzymał mdlejącą żonę i wyskoczył ku Korneliuszowi Knotowi łapiąc go za szaty.
- Jak to porwany? Kim ona jest i gdzie jest Alberto? - krzyknął głośno, po czym wyciągnął różdżkę, krótko nią machnął zamykając drzwi i zasłaniając okna.
Knot utkwił przestraszony wzrok w różdżce Włocha, po czym zaczął powoli tłumaczyć.
- Bellatrix Lestrange była najwierniejszą służką Tego, którego imienia nie wolno wymawiać za jego czasów. Wydawało się wszystkim, że zginęła zabita przez Molly Weasley w czasie bitwy o Hogwart. Każdy widział jak jej ciało rozsypuje się w proszek. Okazało się, że miała horkruksa... - na twarzy Lorrenzo zakwitł szok, ale nie odzywał się, więc Knot kontynuował - Przybyła do dworu swojej siostry Narcyzy i porwała Alberto.
- Narcyzy Malfoy? - Nadia cicho rzuciła pytanie.
- Tak - odparł anglik.
- To spisek - wyszeptał Lorrenzo. Z każdym słowem ton jego głosu rósł - Chcą przejąć nasz majątek, wpływy porywając Alberto... Nie pozwolę na to - ryknął wyciągając ponownie różdżkę. Wystrzelił nią promień, który przeniknął przez sufit tworząc długi biały pas nad operą.
Były minister magii wiedział, że Lorrenzo źle zrozumiał jego wypowiedź. Przytrzymał jego dłoń i zaczął ponownie tłumaczyć.
- Malfoyowie nie mają z tym nic wspólnego. Bellatrix Lestrange jest siostrą Narcyzy, ale od upadku Tego, którego imienia nie wolno wymawiać nie utrzymywały ze sobą kontaktów - otarł pot z czoła.
- To byłoby trudne, zważywszy że jedna z nich była martwa - wycedził włoch i pociągnął różdżkę. Wyczarowany pas zmienił się w miecz przebijający zielonego węża.
Korneliusz Knot wiedział co to oznacza. - Draco Malfoy też tam był..
Włoch odepchnął czarodzieja i spojrzał na niego
- Też tam był? - w jego glosie brzmiała tylko wściekłość - Nieważne kto to zrobił, Alberto został porwany, bo tam był. Zemsta będzie straszna, gdy odzyskamy naszego syna. - Złapał za rękę swoją żonę i deportował się z nią do swojego zamku.
Były minister magii usiadł w fotelu chowając twarz w dłoniach.
- Zapowiada się kolejna wojna - jęknął do siebie, po czym wstał i deportował się do Włoskiego Ministerstwa Magii.
*****************************
Na kamiennym chodniku pojawiły się znikąd dwie postaci. Szybkim, dostojnym krokiem ruszyły ku wejściu do zamku. Tuż przed bramą jedna z nich uniosła dłoń z różdżką. Gdy weszli do środka, znaleźli się w małym przedsionku. Przybyłymi okazali się wysoki, dobrze zbudowany szatyn w średnim wieku i kobieta. Victor i Natalia Lodovico.
- Och, kochanie. Tak mi przykro - do Nadii podbiegła Natalia Lodovico. Przytuliła przyjaciółkę i spojrzała na nią ze smutkiem. Matkę Alberto otaczało także parę innych kobiet. Wszystkie ubrane były w bogate szaty i promieniowała z nich magia.
Przybyły mężczyzna zamienił kilka słów z Nadią i wszedł do salonu. Stał tam wielki stół. Na jego końcu siedział Lorrenzo, który przebrał się w fioletową szatę z czerwonym poszyciem. Wstal, gdy Victor uniósł rękę.
- Nie czas na pogaduszki. Twój syn jest najważniejszy - po czym usiadł po jego prawej stronie czym zajął ostatnie wolne miejsce przy stole.
Lorrenzo długo siedział w milczeniu. Słowa z jego ust wylatywały powoli jakby bojąc się zostać wypowiedzianymi.
- Zaufałem im, a oni mnie zdradzili. Dałem im syna, a oni dali mi ból i gniew. Cierpię moi starzy przyjaciele. Sam nie dam rady go odzyskać - spojrzał na przybyłych gości.
Przez długą chwilę panowała cisza. Przerwał ją młody chłopak z blond włosami opadającymi na ramiona. W dłoni trzymał mahoniową laskę.
- Ty nauczyłeś mnie jak być mężczyzną. Byłeś mi ojcem, a Alberto bratem. Mój ród wam pomoże - Wyciągnął różdżkę i wystrzelił z niej biały promień, który zniknął w dłoni Lorrenzo. Czarodziej uśmiechnął się.
- Mój ród wam pomoże - ze swojego miejsca wstał Victor Lodovico i również wyczarował promień w stronę dłoni przyjaciela.
Ze swoich miejsc kolejno wstawali czarodzieje, przedstawiciele najstarszych rodów czarodziejskich z Włoch. W końcu jedyną siedzącą osobą była kobieta z woalką na twarzy. Wstała, odsłoniła swoje oblicze. Joanna Zabini przysięgła pomoc Galilei'emu.
Lorrenzo Galilei wstał i ścisnął dłoń, która rozbłysła białym światłem.
- Dziękuję wam. - skłonił głowę - Czas działać.
****************************
Draco w ciszy obserwował przesuwające się wskazówki zegara. Od ostatniej wizyty matki minęło już pół dnia. W nocy sala szpitalna była jeszcze bardziej ponura. Nagie ściany, łóżka i świadomość, że ktoś tu cierpiał i będzie cierpieć w przyszłości. Nie pomagało to w szybkim odzyskaniu zdrowia. Jedyne światło pochodziło z gabinetu uzdrowiciela. Zachariasz Smith siedział przy swoim biurku wypełniając karty pacjentów i wszystkie dokumenty, które miał na głowie. Zmęczony potarł oczy i wypił kieliszek ognistej whisky. Kiedy na niebie widniały gwiazdy, nikt nie stał nad uzdrowicielami pilnując czy nie robią czegoś niezgodnego z przepisami.
Były puchon nalewał właśnie trunek do kieliszka, gdy szpitalem wstrząsnął huk, a ze ścian posypał się pył. Uzdrowiciel wyrzucił butelkę i wyciągając różdżkę wybiegł z gabinetu. Na środku sali stał Draco Malfoy, który również w ręce trzymał różdżkę. Smith przejechał po nim wzrokiem.
- Zostań tu. Sprawdzę co się dzieje - zatrzymał go dłonią i wybiegł z sali na korytarz.
Budynkiem wstrząsnęło kolejny raz. Gdy uzdrowiciel znalazł się przy wejściu, stali tam stłoczeni aurorzy, pracownicy Munga i niezamaskowani napastnicy chcący się wedrzeć do szpitala. Jeden z nich ujrzał blondyna.
- Tarrantelegra - zaklęcie trafiło w cel i czarodziej upadł na ziemię wijąc nogami. Rozszerzył oczy, gdy zobaczył jaki ruch dłonią wykonuje atakujący go.
- Drętwota - napastnik padł na ziemię ślizgając się po rozlanej wcześniej wodzie.
W holu panował chaos. Aurorzy bezskutecznie odpierali ataki. Nie dawali rady przeważającej liczbie przeciwników. Schaklebolt walczył z wysokim łysym czarodziejem w szarej szacie.
- Impedimento - minister magii go prosto w pierś. Czarodziej upadając, wytrącił z równowagi swojego partnera. Wystrzelone przez niego zaklęcie eksplozji trafiło w sufit burząc go i zrzucając na walczących pył i kamienie.
- Oddajcie Draco Malfoya - dowódcą grupy napastników był Victor Lodovico. Walcząc z Finneganem, rozbroił aurora. Machnął różdżką, a zaklęcie odrzuciło jego przeciwnika na drzwi wejściowe. Chłopak podniósł oszołomiony głowę, by po chwili stracić przytomność.
- Nie oddamy wam nikogo. Nie wiemy nawet kim jesteście - Kingsley Schaklebolt spojrzał na włocha.
- Nie ważne kim jesteśmy, ale czego chcemy. Zemsta będzie straszna. Malfoyowie pożałują, że zdradzili Galileich - szlachcic szybko uskoczył przed klątwą i uniósł dłoń.
- Petrificus Totalus - zaklęcie dosięgło byłego szefa aurorów, który padł na ziemię łapiąc się za szatę.
Draco Malfoy chodził od ściany do ściany niepewny kto wygrywa. Po latach spędzonych w Azkabanie, nie chciał mieszać się do walki. Nieśmiało jednak podszedł do drzwi. Gdy znalazł się przy nich, ktoś złapał go za ramię i przyciągnął do siebie.
- Zostaw mnie... - Draco zdołał wyrwać prawą dłoń i wycelował różdżkę w nieznajomego.
- Confri... - zaskoczony nie dokończył, gdy poczuł jak jego ciało się unosi, a on sam się deportuje.

niedziela, 1 grudnia 2013

Rozdział 4 "Rana"

- Crucioo - Bellatrix po raz kolejny uderzyła zaklęciem Alberto. Chłopak był wrakiem człowieka. Torturowany, powoli tracił świadomość i resztki sił. Martwym wzrokiem patrzył na kobietę doszukując się najmniejszej oznaki litości. Nie znalazł jej, z oczu pociekło mu kilka łez.
- Żałosne, jaki z ciebie mężczyzna - zadrwiła śmierciożerczyni i machnęła różdżką. Z bruneta opadły sznury, ale ten padł na podłogę oddychając ciężko. - Oczywiście jesteś świadomy, że cię stąd nie wypuszczę? Na początku się pobawimy, a potem zabiję cię, gdy sam będziesz błagał o zaklęcie uśmiercające. Zacznijmy. Confringoo - klątwa odrzuciła młodzieńca wybijając mu ząb. Młody czarodziej jęczał żałośnie. W głowie miał mnóstwo nieskładanych myśli, godziny tortur niszczyły jego młodą psychikę. Bellatrix była urodzoną sadystką, każda klątwa działała o wiele mocniej, bo sprawiała jej przyjemność. Kobieta zamierzała dokonać z Alberto, tego czego nie udało się jej dokonać z Longbotomammi. Sprawić, by błagał o śmierć, by resztką sił psychicznych i fizycznych prosił o skończenie bólu.
- Sempo - cienki promień wbił się w brzuch czarodzieja wywołując wymioty. Alberto płakał załamany bólem i wstydem.
Bellatric podeszła do niego.
- Powiedz mi, czego w tej chwili pragniesz, czego chcesz? - nachyliła się nad nim.
- Draco... - wykrztusił i zakaszlał plując krwią.
- Zajmie twoje miejsce niedługo... - Bellatrix odwróciła się i z uśmiechem rzuciła kolejne zaklęcie tortujące na swojego więźnia.
- Niedługo wrócę - po czym trzasnęła drzwiami.
Alberto rozpaczliwie łapał oddech. Odzyskując stopniowo kontrolę nad wykończonym ciałem, podczołgał się do kąta w pokoju. Był głodny i spragniony. Marzył, by po raz ostatni zobaczyć Draco, nawet z daleka mieć go przed oczyma. Wiedział jednak, że żywy już nie opuści tego pokoju. Nawet, gdyby miał różdżkę, czuł że nie rzuciłby żadnego silnego zaklęcia. Magia uchodziła z niego z każdą kolejną godziną tortur. Chłopak był świadom, że umrze. Chciał jednak pokazać Bellatrix, że nie jest słaby, że jest mężczyzną. Wziął głęboki oddech i wpatrzył się w drzwi. Czekał na nią. Chciał aby wiedziała, że się nie podda. Poczuł jednak nagły ból uciskający mu tył głowy. Zmęczenie ogarniało całe jego ciało. Chciał walczyć, ale nie potrafił. Z cichym jękiem padł nieprzytomny na podłogę.
****************************************************************************************
Harry po raz kolejny aportował się w ministerstwie. W ostatnich dniach ciągle kursował między swoim wydziałem, rezydencją Malfoyów, świętym Mungiem i domami byłych śmierciożerców. Dochodziło południe, młody auror nie spał kilkanaście godzin, a eliksir wigoru wcale nie pomagał. Chłopak właśnie wrócił z domu Malfoyów,gdzie dyskutował z Narcyzą o zaklęciach, jakie rzuciła na dom. Większość była czarnomagiczna, ale czarownica nie chciała ich zdjąć, bojąc się siostry. Harry doskonale to rozumiał.
Teraz siedział przy swoim biurku wypełniając zaległe papiery. Sterty piętrzyły się na biurku, niebezpieczne się chwiejąc. Gdy Harry odłożył jedną kartkę, cała góra papierów zaczęła spadać.
- Impedimento - łagodny głos zatrzymał godziny harówki aurora i delikatnie uniósł je z powrotem na biurko.
- Dziękuję - chłopak uśmiechnął się do pomocnika, którym okazał się sam minister magii.
- Potter, wiem że zależy ci na schwytaniu Bellatrix Lestrange, ale nie możesz się przemęczać. Wyglądasz jak wrak, słaniasz się na nogach, nie możesz tak pracować. Oficjalnie nakazuję ci - Kingsley położył nacisk na ostatnie słowa, gdy Harry zaczął protestować - żebyś wrócił do domu i się wyspał.
Po minucie wewnętrznej walki Harry zrozumiał, że były auror ma rację. Dziękując, schował papiery i deportował się z ministerstwa.
Grimmauld Place ciągle było dość ponurym miejscem. Mimo, iż Stworek był teraz bardzo posłuszny swojemu nowemu panu, a Hermiona pomogła  urządzić mieszkanie w stylu przyjaciela, stare domostwo zionęło czarną magią i charakterem rodu, który dom zbudował.
Harry wyczerpany zawiesił płaszcz na wieszaku i udał się do kuchni.
- Harry Potter sir. Wreszcie w domu, w sam raz obiad. Siada, siada - stworek odsunął panu krzesło i podał talerz.
Po kilku minutach w całym domu unosił się zapach gulaszu i świeżo pieczonego chleba. Harry z uśmiechem pałaszował posiłek, ciesząc się z chwil odpoczynku. Przymknął oczy czekając na deser. Gdy skończył posiłek, odetchnął zadowolony. Poczuł jak z lego ciała uchodzi głód i pragnienie. Wiedział, że musi odpocząć, aby móc bardziej skupić się na pracy. Złapanie Bellatrix Lestrange na pewno nie było zadaniem na kilka dni. Była służka czarnego pana była potężną czarownicą i każdy musiał się z nią liczyć. Gdy młody auror miał się kłaść na kilka godzin, usłyszał pukanie do drzwi. Zdziwiony, wyciągnął różdżkę. Podszedł każąc zostać Stworkowi.
W drzwiach stali Ron z Hermioną. Trzymali się za ręce uśmiechając się do przyjaciela. Harry szybko ich wpuścił prowadząc do salonu. Stworek przyjął gości, tak że Harry tylko usiadł w fotelu i czekał. Gdy usiedli, zapytał.
- Miło, że przyszliście. Co was do mnie sprowadza? - uśmiechnął się do Rona.
Hermiona złapała oddech.
- Chcieliśmy zaprosić cię... - zaczęła
-.. Zaprosić na nasz ślub - rudy chłopak wstał.
Harry spojrzał zdziwiony. Spodziewał się, że przyjaciele będą chcieli się pobrać, ale nie sądził, że to stanie się tak szybko. Na pewno będą chcieli pomocy, pomyślał. Oczywiście chciał im pomóc, każdym sposobem, ale ostatnie dni w pracy go wymęczyły. Spojrzał na nich zmęczonym wzrokiem i uśmiechnął się na siłę.
Nie uszło to uwadze Hermiony. Dziewczyna zawsze bez problemu odczytywała emocje przyjaciela, patrzyła na stół, ale mówiła do Harrego.
- Chyba nie masz nic przeciwko? - jej głos lekko drżał
Harry zaczął machać rękoma - Nie, to nie tak. Nie mam nic do waszego ślubu, bardzo się cieszę. Po prostu mam urwanie głowy w ministerstwie... - urwał czując przypływ zmęczenia.
Ron poklepał kumpla po ramieniu
- Tata mówił, że macie w ministerstwie jakieś poważne śledztwo, ale nie powiedział o co chodzi. Cały on. Co się dzieje Harry?
Młody auror złapał się za głowę
- Bellatrix Lestrange ożyła i porwała kochanka Malfoya. Znikli jak kamfora, a Draco leży  w świętym Mungu - powiedział beznamiętnie.
Hermiona uniosła uszy słysząc Draco. Harry nigdy nie mówił o nim po imieniu. Bellatrix Lestrange, to imię i nazwisko wbiły się w głowę dziewczyny. Doskonale pamiętała jak śmierciożerczyni torturowała ją chcąc się dowiedzieć skąd mieli miecz Gryffindora. Pamiętała jej obłąkańczy śmiech i potężne zaklęcia jakich używała. Była gryfonka wzięła głęboki oddech.
- To był horkruks? - zapytała przeczuwając odpowiedź.
Harry tylko kiwnął głową. Miał już dosyć pytań i spojrzeń. Chciał tylko odpocząć. Oparł się o wezglowie fotela.
- Kiedy odbędzie się ślub?
Hermiona zaśmiała się.
- Nie musisz się wysilać Harry. Przyjdziemy jak sytuacja trochę się poprawi.
Ron spojrzał lekko zaniepokojony
- Ee.. Znaczy przekładamy ślub?
Hermiona uniosła oczy
- Ronaldzie Weasley czemu ja się z Tobą zadaję? Wychodzimy - złapała go za dłoń i wyszła z pokoju.
Harry odetchnął głęboko i padł na kanapę.
Młody auror nie spał dobrze. W głowie latało mu mnóstwo nieskładnych myśli. Nie mógł usnąć, dopóki w głowie nie pojawił mu się Draco. Blondyn leżał na ziemi trzymając różdżkę. Nad nim stało kilka zamaskowanych postaci. Jedna z nich zdjęła maskę. Była to Bellatrix Lestrange, zaśmiała się.
- Nadszedł czas, abyś podzielił los Alberto. - podniosła różdżkę.
Harry obudził się leżąc na podłodze i czując ból w stłuczonym udzie. Początkowo nie potrafił rozeznać co się dzieje. Kiedy przypomniał sobie sen, natychmiast deportował się do Św. Munga.
Przy recepcji było mało ludzi. Auror pobiegł na oddział Zachariasza Smitha. Nie pytając nikogo pchnął drzwi i wpadł do środka.
- Co to ma znaczyć?? - Kierownik oddziału doskoczył do Harry'ego i złapał go za szaty.
- To nie ministerstwo - warknął nie puszczajac.
- Zostaw go - z tyłu sali dobiegł cichy delikatny głos. Harry odwrócił się i zobaczył Draco. Młody czarodziej leżał wyciągnięty na łóżku z książką w ręku. Miał na sobie jedwabną, zieloną piżamę co świadczyło, że odwiedziła go Narcyza.
Zachariasz puścił aurora i kręcąc głową wrócił do swojego gabinetu. Harry lekko się zarumienił i podszedł do byłego ślizgona. Usiadł na stołku i spuścił wzrok.
- Zazwyczaj to odwiedzający odzywa się pierwszy - zauważył Draco po chwili milczenia.
- Tak, to znaczy.. Jak się czujesz? - podniósł głowę.
- Dostałem klątwą i dwa dni leżałem nieprzytomny, po czym ten przerośnięty konował robił mi wszystkie badania znane czarodziejskiemu światu. Uświadomił mnie też, że zostałem uratowany przez samego wybrańca. Znowu... Wczoraj przyszła matka i w końcu pozwoliła zdjąć mi te szpitalne szmaty i ubrać się w coś godnego Malfoya. - Draco uśmiechnął się kładąc wygodniej głowę na poduszce.
Harry odwrócił wzrok, z tego co usłyszał, wnioskował że Draco nie wie nic o Alberto. Narcyza widocznie wolała milczeć. Auror wiedział, że powinien to zrobić.
- Draco... wtedy w twoim domu, gdy Bellatrix cię oszołomiła i zemdlałeś...
Draco machnął dłonią
- Matka mówiła mi, że Alberto uciekł. Skontaktuje się ze mną w najbliższym czasie.
- Uciekł... - Harry powtórzył nie mogąc zrozumieć czemu Draco tak powiedział.
Blondyn spojrzał w oczy odwiedzającego i zaczął drżeć.
- Ty wiesz, gdzie jest Alberto. On nie uciekł, tak? - Draco złapał Harrego za dłoń.
- Alberto...znaczy Bellatrix... - Harry zaczął się jąkać nie mogąc spojrzeć mu w oczy.
- Gdzie on jest??!! - Draco podniósł się siadając na łóżku nie zważając na ból głowy. Oczy zaczęły mu niebezpiecznie drgać.
- Bellatrix porwała Alberto - wyrzucił były gryfon.
- To niemożliwe... - szepnął Draco kładąc twarz w dłoniach. - Alberto, ja go kochałem...kocham... - z oczu blondyna zaczęły lecieć łzy. Objął ramionami Harrego i przytulił się płacząc mu w szatę. Brunet delikatnie go przytulił i gładził po plecach.
- Odnajdziemy ich. Wszystko będzie dobrze Draco - szeptał Harry cicho.
- Nie będzie dobrze... Ona jest gorsza od czarnego pana. Nie wypuści żadnej ofiary - krzyczał Draco coraz bardziej zbliżając się do twarzy Harrego.
- Nikt nie chciał ze mną być z miłości. Blaise Zabini, mój ojciec pożyczył jego ojcu pieniądze. Anthony, wiedział że jestem śmierciożercą - Draco zaczął wymieniać - Cedrik, pomogłem mu w turnieju trójmagicznym. Wszedł mi do łóżka chcąc tylko seksu. Dopiero Alberto...Alberto mnie kochał, dbał o mnie. Pomógł mi, gdy byłem chory. Wspierał, gdy szukałem pracy. Zabierał mnie do mugolskich restauracji, pokazał mi świat jakiego nie znałem. Nie chciałem znać. Teraz go nie ma, nie ma miłości. Jest tylko ta ślepa kurwa, los... - Harry nic nie powiedział, gdy tuż przy jego ustach znalazły się ciepłe, wilgotne usta Draco. Zamknął oczy czując brwi blondyna.
- Draco, co ty...?
Były śmierciożerca położył mu palec na ustach i zatopił swoje usta w ustach auorora. Harry nie mógł złapać oddechu, złapał się piżamy Draco nie mogąc i nie chcąc przerwać pocałunku. Język blondyna zdominował jego język doprowadzając Harrego do dreszczy i cichego jęku.
- Odejdź - warknął Draco odsuwając twarz i odwracając się.
Harry łapał oddech, popatrzył na blondyna i zaczerwienił się.
- Zdrowiej Draco - wyszeptał i opuścił salę. Ciągle myślał, czemu Draco go pocałował. Czemu ten pocałunek mu się podobał. Nie mogę być gejem, powiedział sobie i deportował się do ministerstwa.

wtorek, 26 listopada 2013

Witam :D odzyskałem modem i jestem gotowy znów zagłębić się z wami w magiczny świat.
Następny rozdział pojawi się do końca tego tygodnia.
Trzymajcie się ciepło :) <3

środa, 6 listopada 2013

Rozdział 3 " Horkruks"

Harry siedział przy swoim biurku wypełniając zaległe dokumenty i raporty. Była to smutna część pracy aurora. Każdy z nich musiał napisać raport z przeprowadzonej misji, a Harry nie mógł teraz liczyć na talent i niezawodną pomoc Hermiony. Jego raporty były często niekompletne i tylko dzięki magicznemu pióru nie popełniał błędów ortograficznych. Młody auror siedział w papierach już trzecią godzinę, przez gabinet ciągle przechodzili jacyś ludzie. Każdy z nich pozdrawiał Harrego bądź uśmiechał się do niego. Chłopak zmuszony był odpowiadać na wszystkie oznaki dobrego wychowania pracowników ministerstwa. W pewnym momencie, gdy Harry kończył raport o czarodzieju, który zniszczył sklep zoologiczny, bo nie potrafili pomóc jego kotu, przez gabinet przeszła postać. Harry zignorowałby to, gdyby nie to że to nie ta osoba zignorowała aurora. Nie, żeby to mu przeszkadzało, ale zdziwiony podniósł wzrok. Na środku gabinetu stał Draco Malfoy. Ubrany w piękną, fioletową szatę w ręku trzymał plik dokumentów, który rzucił na biurko Pottera.
- To raport Międzynarodowej Komisji do spraw szkolnictwa i bezpieczeństwa...
- Co ja mam do tego? - Harry spojrzał zdziwiony
- Masz go przejrzeć i sprawdzić zgodność z naszymi przepisami dotyczącymi bezpieczeństwa w szkołach - spokojnie wyjaśnił Draco, choć na twarzy ukazał się chytry uśmieszek.
- Masz to zrobić na wczoraj i zanieść do ministra - rzucił wychodząc z pokoju nawet nie patrząc na byłego szkolnego rywala.
- Ok - mruknął młody auror biorąc w dłonie kartki.
Wyleciała z nich mała karteczka, na której napisano bardzo ładnym pismem: Nie chcę sam jeść. Bądź na stołówce na obiedzie.
Harry wiedział, że to pismo Malfoya, nie raz widział jak blondyn podpisywał się na listach czy testach. Nie wiedział co ma myśleć o zaproszeniu, ale zdecydował się je przyjąć. Też nie chciał sam jeść.
Gdy zbliżała się pora obiadu i poszczególne piętra ministerstwa pustoszały, Harry machnął różdżką
- Incognio - dokumenty zamieniły się w zwykłe, czyste kartki papieru. Taki był obowiązek każdego aurora. Nie mogli dopuścić, by ktokolwiek czytał raporty o najniebezpieczniejszych czarodziejach.
Chłopak właśnie wychodził z gabinetu, gdy usłyszał donośny głos ministra słyszany dobrze na całym piętrze aurorów.
- Wszyscy aurorzy i Czarodziejska policja mają stawić się w pokoju obrad.
Harry zdziwiony zajrzał do gabinetu swojego kolegi Seamusa, razem z nim wyszli z piętra kierując się do windy. Pokój obrad znajdował się na tym samym piętrze, co gabinet ministra magii.
- Ciekawe o co chodzi - Potter był szczerze zaciekawiony, bo liczył na ciekawą odmianę w jego na razie monotonnej pracy w papierkach.
- Znając życie, znowu znaleźli coś należącego do tej skorupy i mają stracha sami to sprawdzić - Seamus machnął dłonią lekceważąco.
- Może - zgodził się Harry.
Od czasu upadku Voldemorta, bardzo często natrafiano na ślady jego czarnoksięstwa. Znajdowano przeklęte przedmioty, zaklęte domy czy nawet zaczarowanych ludzi ciągle ślepo wierzących w powrót Czarnego Pana. Większość z tych rzeczy nie była groźna,ale niedawno trafili na zaklęty miecz bijący bez litości wszystkich próbujących go dotknąć. Trzech pracowników czarodziejskiej policji trafiło do Świętego Munga z rozległymi ranami ciętymi. Miecz udało się obezwładnić dopiero po konsultacji z portretem Dumbledore'a. Były dyrektor Hogwartu wyjawił ministerstwu stare zaklęcie, które zdjęło klątwę z broni.


W pokoju znajdował się tylko wielki stół, przy którym siedzieli szefowie departamentów i większość aurorów. Harry usiadł obok Seamusa, a z drugiej strony siedział Ludo Bagman bardzo ucieszony ze swojego sąsiedztwa. Głos zabrał Kingsley Schaklebolt.
- Wezwałem wszystkich, ponieważ wczoraj Dawlish - wskazał dłonią wysokiego aurora, który skłonił głowę - Dokonał pewnego odkrycia. W lesie niedaleko rezydencji Lestrangeów znalazł naszyjnik - Harry lekko podniósł głowę - Był to naszyjnik rodu Lestrange w czym upewniły nas zaklęcia. Co dziwne, był on otwarty.
- Otwarty? - Ludo rozszerzył zdziwiony oczy. Kingsley kiwnął głową.
- Nie mamy pojęcia czemu naszyjnik był otwarty i czemu w ogóle ktoś miał coś do niego wkładać. Departament Tajemnic zajmuje się tą sprawą.
W tym momencie podniósł się wysoki czarodziej z bujną, brązową brodą. Edward McGonagall, brat Minerwy McGonagall, szef Departamentu Tajemnic.
- Początkowo nie wiedzieliśmy co to jest. Zaklęcia i próba ciała upewniły nas, że to horkruks - zakończył smutnym głosem.
- To niemożliwe, zniszczyłem wszystkie horkruksy Voldemorta.!!! - Harry krzyknął wstając
- Prawdą, jest że zniszczyłeś wszystkie horkruksy Voldemorta. To był horkruks Bellatrix Lestrange. Został otwarty dwa dni temu co oznacza, że Bellatrix ożyła - stary czarodziej usiadł w krześle czekając na wybuch.
W sali zapanowała burza.
- Molly Weasley zabiła Bellatrix Lestrange!! Ona nie może żyć... - Ludo był zszokowany.
- Jak ona dowiedziała się jak to się robi?? To potężna czarna magia - krzyknął ktoś
- Musimy ją zabić - ktoś uderzył w stół.
- Spookóój! - minister magii wystrzelił cienki biały promień wydający straszny dla uszu pisk. Po kilku sekundach zapadła cisza.
- Musimy dowiedzieć się gdzie obecnie przebywa Bellatrix Lestrange i czy na pewno miała tylko jednego horkruksa. Ktoś musi przeszukać jej dom i zadbać o bezpieczeństwo tych śmierciożerców, którzy wyrzekli się Voldemorta. Na pewno będzie chciała się mścić. Podzielimy się na zespoły.
Harry, który został przydzielony z Finniganem do przeszukania rezydencji Malfoyów usłyszał hałas za drzwiami. Uspokajając resztę zebranych, wyszedł sprawdzić co się dzieje.
******************************************************************************
Draco siedział skulony za drzwiami trzymając w uchu sznurek. Przydatne, przyznał w duchu i podziękował Weasleyom za ich pomysłowość. Zamarł, gdy usłyszał treść posiedzenia. Zrozumiał, że jego matka, Narcyza jest w niebezpieczeństwie. Nie czekając sekundy dłużej, wstał deportując się z ministerstwa. Poczuł, że jeszcze w ministerstwie ktoś go obserwował, ale nie obchodziło go to. Szybkim krokiem udał się do swojego domu. Otworzył drzwi szarpnięciem i wpadł do salonu. W środku stali Narcyza i Alberto. Mieli przerażone miny.
- Uciekaj, to zasadzka.. - Narcyzie zaczęły z oczu lecieć łzy.
Draco odwrócił się wyjmując różdżkę. Za wolno. Poczuł jak w pierś uderza go zaklęcie, a on sam wypuszcza różdżkę upadając na kolana.
- I mamy całą rodzinę zdrajców we własnym domu. Nie spodziewałabym się tego po tobie siostro. A po tobie Draco tym bardziej, zawiedliście mnie - tuż przed młodym czarodziejem stała Bellatrix Lestrange. Nie miała już gęstych, czarnych włosów i jasnej, wyrazistej cery. Jej twarz była strasznie blada, palce miała wydłużone, a oczy przekrwione. Patrzyła na Draco, a w jej oczach była czysta pogarda i złość tak wielka, że chłopak odwrócił od ciotki wzrok.
- Jak? Jak wróciłaś? - Narcyza patrzyła na siostrę zszokowana.
- A to jest niesamowita historia i z chęcią was nią uraczę. Zanim jednak przejdziemy do miłej części mojej wizyty, bądźcie tak łaskawi przedstawić mi tego młodzieńca - machnęła ręką na Alberto, który stał w szoku od chwili, gdy Bellatrix wytrąciła mu różdżkę.
- Jestem Alberto Galilei - chłopak odzyskał głos - potomek Galileusza i czarodziej czystej krwi - dodał po chwili.
- Tego akurat się domyśliłam. Inaczej nie byłoby cię tutaj - parsknęła śmierciożerczyni.
- Powiedz mi czego tutaj szukasz? Sprowadzają cię interesy?
Alberto spojrzał na Narcyzę, która niepostrzeżenie pokręciła głową patrząc na Draco. Blondyn również pokręcił głową ze strachem i bólem w oczach trzymając się za szatę na piersiach. Młody czarodziej wyprostował się dumnie, podszedł do Bellatrix i cicho wyznał.
- Jestem Alberto Leonardo Rafael Galilei. Jedyny potomek rodu Galileuszów, najstarszego rodu w kontynentalnej Europie. Jestem także...kochankiem Draco Malfoy... - przerwał i po chwili zawył z bólu lądując po drugiej stronie pokoju.
- Crucio!! - ryknęła Bellatrix celując w chłopaka.
Alberto krzyknął i zwijał się w spazmach bólu miotając się bezsilnie po podłodze. Draco również krzyknął doskakując ku ciotce..
- Confringo - zaklęcie odrzuciło siostrzeńca na szafę. Blondyn upadł bezsilnie z rozwaloną ręką i nogą przygniecioną przez ciężką dębową szafę. Narcyza pobiegła do syna i zaczęła go cucić.
- Draco, jedyny potomek Malfoyów gejem?? Nie dopuszczę do tego, nie pozwolę na to.. Nie teraz, kiedy Lucjusz jest w więzieniu! Crucioo!! - kolejne zaklęcie torturujące ugodziło we włocha. Chłopak jęknął i oddychał ciężko,zaczął płakać i dygotać, gdy przez ciało przechodziły mu porażające fale bólu.
- Słyszałeś o Longbotommach? Długo cierpieli, o wiele dłużej niż ty, ale byli też o wiele silniejsi od ciebie - Bellatrix uśmiechnęła się upiornie - Crucioo - ryknęła po raz trzeci uderzając go klątwą.
- Zaraz będzie tu ministerstwo - Narcyza wstała osłaniając syna własnym ciałem. - Nie pozwolę ci uciec - podniosła różdżkę.
Bellatrix zaczęła się śmiać
- Nic mi nie zrobisz. Nie jesteś już tą Narcyzą - zaakcentowała ostatnie zdanie.- Avada Kedavra!!! - zielony promień znów pomknął ku Narcyzie.
Kobieta zamknęła oczy spuszczając głowę. Po chwili usłyszała krzyk, kobiecy krzyk. Otwierając oczy zobaczyła jak Bellatrix pada ugodzona zaklęciem przez Harrego Pottera.
Po chwili wstała i zaśmiała się. Złapała Alberto i razem z nim deportowała się z dworu Malfoyów. Narcyza nie zastanawiając się długo, uklęknęła przy synu. Tuż przy niej znalazł się Harry. Spojrzał na Draco i powiedział szybko podnosząc go i opierając nieprzytomnego na swoim ramieniu.
- Zabieram go do Munga. Zaraz pojawią się tu aurorzy. Proszę zostać - powiedział krótko i deportował się z byłym śmierciożercą.


Szpital świętego Munga był wyjątkowym miejscem. Leczyło się tu najróżniejsze schorzenia i różne wypadki magiczne. Już w sali wejściowej, młody auror zobaczył młodą czarownicę z dłońmi na biuście. W oczy rzucił mu się też młody chłopak z przypaloną dłonią i łuskami smoka na kurtce. Ignorując spojrzenia i zapytania wszystkich obecnych, Harry podszedł do recepcji i wskazał dłonią Draco
- Dostał zaklęciem i upadł na szafę. - powiedział krótko patrząc na recepcjonistkę.
- IV piętro - mruknęła cicho zerkając na byłego śmierciożercę. Oddział Zachariasza Smitha - po czym odwróciła się do następnego petenta.
- Świetnie - mruknął Harry, który nigdy nie lubił napuszonego puchona.
IV piętro było oddziałem urazów po zaklęciowych. Młody czarodziej zobaczył tutaj jak pacjenci leżą nieraz przykuci do łóżek, a niektórzy z nich oddychają ciężko nie mogąc pozbyć się bólu dręczącego ich wnętrza. Szybkim krokiem prowadził Dracona przez korytarz w końcu dochodząc do drzwi z napisem Oddział Zachariasza Smitha. Pchnął je nogą i wszedł z byłym ślizgonem do środka. Zachariasz właśnie stał nad leżącym pacjentem wykonując skomplikowane ruchy różdżką. Widząc wpadającego Harrego z Draco, machnął różdżką i podszedł do nich.
- Co to ma być? Ja tu pracuję i leczę ludzi. To nie ministerstwo, gdzie można wchodzić i wychodzić jak w chlewie. Tu są ciężko chorzy ludzie potrzebujący spokoju - miał cichy głos, ale w oczach widoczna była furia - Czego chcecie? - mruknął w końcu.
Harry odsłonił Draco kładąc go na łóżku.
- Dostał jakimś zaklęciem i upadł na szafę, która przygniotła mu nogi - Harry patrzył na zamknięte oczy Malfoya.
Zachariasz spojrzał na Harrego
- I co z tego? Poleży i przeżyje. Po jego zaklęciach leczyłem ludzi miesiącami.. - były Puchon podniósł oczy ku górze - Wytrzymał Voldemorta, wytrzyma i to.
- Co ty gadasz? Zbadaj go - młody auror był zszokowany
- A ty co? Zakochałeś się w nim? - uzdrowiciel się zaśmiał, ale zaczął wykonywać nad ciałem Draco skomplikowane ruchy różdżką mrucząc ciche zaklęcia. Po paru minutach przerwał.
- Nic mu nie będzie. Dostał zaklęciem eksplozji, ale był w ruchu, więc nie uszkodziło ono najważniejszych organów ciała. Przytomność odzyska za jakieś dwa dni. Przesłuchanie będzie możliwe za co najmniej cztery. Panno Patil - zawołał w głąb sali, a po chwili z kąta wyszła Padma Patil uśmiechając się do Harrego - Przebierz go i przygotuj mu łóżko. Zleć podstawowe badanie i zadbaj o bezpieczeństwo tej sali - nie patrząc na Harrego skierował się ku wyjściu.
- Nawiasem mówiąc chyba miałbyś szanse, bo odkryłem w jego ciele cudzą spermę - lekarz śmiał się głośno kręcąc głową.
Harry przełknął ślinę zarumieniony. Teraz miał pewność, że Draco był gejem. On sam ostatnio zaczął zastanawiać się nad swoją orientacją. Popatrzył na byłego ślizgona i zorientował się, że martwi się o niego.

Martwię się o Malfoya, pokręcił głową i ucieszył się w duchu, że musi wracać do ministerstwa. To odłoży sprawę jego orientacji, przynajmniej na jakiś czas.

niedziela, 3 listopada 2013

Hej wszystkim czytelnikom :)
Dziękuję za pozytywne komentarze i obiecuję stosować się do uwag.
Muszę niestety ogłosić też, że rozpoczął się kolejny tydzień nauki, a osobiście muszę całkiem sporo nadrobić. Lenistwo jest piękne, ale kosztuje, tak więc kolejne rozdziały będą się pojawiały trochę rzadziej.
Życzę wszystkim miłego dnia i samych kawaii zdarzeń ^_^